“Chrystus z karabinem na ramieniu”, Ryszard Kapuściński
Czy gdybym urodził się w Trzecim Świecie byłbym rewolucjonistą? Z moją nadpobudliwością i niewyparzoną gębą pewnie i u nas bym się łatwo kwalifikował. Problem w tym, że gdyby spojrzeć na “Chrystusa z karabinem na ramieniu”, jak na literalny zapis rzeczywistości Trzeciego Świata (tu rozumianego jako Palestyna-Gwatemala-Boliwia-Mozambik), to dla młodego człowieka istnieją tak naprawdę trzy drogi rozwoju: służba reżimowi (ty tańczysz na kurhanach wrogów), rewolucja (na twoim kurhanie tańczą oprawcy) lub pozornie spokojne życie obok (prawie na pewno dostaniesz po mordzie, a wielce prawdopodobne, że na twoim kurhanie też zatańczą oprawcy). Strasznie to sprostaczone, ale może to dlatego że mam takie poczucie, iż to pierwsza książka Kapuścińskiego, która nie do końca mi odpowiada.

Kiedyś Kapuściński stwierdził, że aby dobrze oddać rzeczywistość, dla napisania jednego słowa niezbędne jest przeczytanie stu słów w tekstach innych. Aby pisać o świecie, konieczne jest nie tylko obejrzenie go na własne oczy, ale zrozumienie go, poznanie głębiej, dotarcie do samej istoty opisywanego zjawiska. Widać to według mnie doskonale w “Chrystusie z karabinem na ramieniu”, w którym Cesarz reportażu stara się wyjaśnić czytelnikowi całe tło zjawisk zachodzących na opisywanych terenach. Mnie taka forma reportażu, albo raczej eseju reporterskiego odpowiada, choć tak naprawdę w pełnej skali ujawni się w jego późniejszych książkach. Godzę się tym samym z tym, że prawda przefiltrowana jest przez wrażliwość dostarczyciela obrazów, a co za tym idzie traci na absolutnej wiarygodności. Z drugiej jednak strony, gdyby chcieć absolutnie wiernego opisu rzeczywistości, nienacechowanego emocjami trzeba by stworzyć jakąś nowomowę, a to zabiłoby literaturę faktu.
Prawie czterdzieści lat minęło od kiedy Kapuściński napisał o sytuacji Palestyńczyków wygnanych z własnych terenów, a niewiele się w tej materii zmieniło. Naród żyje w większości poza ziemią ojczystą, bieda kwitnie, problem palestyńskiej “mniejszości” w ościennych państwach (Jordania) wciąż nie daje spać po nocach rządzącym, a terroryzm to nadal preferowana forma walki. Czterdzieści lat temu reporter stwierdził, że konflikt izraelsko-palestyński będzie trwał bez zewnętrznej interwencji:
Jeżeli nie wkroczy świat, tej wojny nie zakończy żadna ze stron. Za dużo nienawiści, za dużo śmierci, zbyt wielka przepaść, zbyt dobra pamięć.
Idealnie zdefiniował to, co trzydzieści lat później pod nazwą wojen kresowych i ich dynamiki określi Huntington w “Zderzeniu cywilizacji”. Dlatego chociażby cenię Kapuścińskiego – za “dawanie głosu ubogim”, ale jednocześnie wyjście poza zamknięte mentalnościowo pudełko tylko jednego możliwego punktu widzenia i spojrzenie na sprawę z góry, z pewnego oddalenia. Tak zwana sprawa palestyńska, to wdzięczny temat dla prezentowania jedynie słusznego poglądu, ale Kapuścińskiemu w moim przekonaniu udaje się tu uniknąć banałów i stawania wyłącznie po jednej stronie. Co zważywszy na okres powstania książki i sympatie geopolityczne łatwe na pewno nie było. W części książki poświęconej Palestynie opisuje fakty i prezentuje rzeczywistość pozbawioną naleciałości, nazwijmy to ideologicznych. Owszem, w zasadzie stoi po stronie Palestyńczyków (jestem gotów to zrozumieć), ale ich nie rozgrzesza.
Dlatego tak ciężko przyjmuję zasadniczą część książki poświęconą sytuacji w Ameryce Łacińskiej (Boliwia i Gwatemala). Z jednej strony wciąż Kapuściński genialnie potrafi uchwycić i wyłuścić kwintesencję autorytaryzmu, jak chociażby w tych słowach:
Byłoby ciekawe, gdyby ktoś zbadał, w jakim stopniu światowe systemy masowego przekazu pracują w służbie informacji, a w jakim – w służbie ciszy i milczenia. Czego jest więcej: tego ci się mówi, czy tego, czego się nie mówi? Można obliczyć liczbę ludzi pracujących w dziedzinie reklamy, ale gdyby obliczyć liczbę ludzi pracujących w dziedzinie utrzymania ciszy? Których byłoby więcej? Jeżeli w Gwatemali nastawiam lokalna radiostację i słyszę tylko piosenki, reklamę piwa oraz jedyną wiadomość ze świata, że w Indiach urodzili się bracia syjamscy, wiem, że ta radiostacja pracuje w służbie ciszy. W służbie ciszy pracują kolejni dyktatorzy tego kraju, ich protektorzy z Miami i Bostonu, lokalna armia i policja…
Z drugiej zaś, co i rusz pojawia się, jednoznacznie emocjonalnie nacechowane, potępianie polityki Stanów Zjednoczonych i imperializmu. Nie od dziś wiadomo, i wiadome to było również w chwili powstawania książki, że już od XIX w. Stany specjalnie traktowały region obu Ameryk, co znajdywało odzwierciedlenie w doktrynie Monroe’a, potem z uwzględnieniem komunizmu w doktrynie Trumana czy doktrynie powstrzymywania. Wiadomo też przecież, że na poziomie państwa, jednostki nie mają znaczenia i wszelkie narzędzia są podporządkowane celom nadrzędnym. Nie chce przez to idealizować polityki amerykańskiej, bo np. do szewskiej pasji doprowadziło mnie wożenie przez Tomasza Wołka ryngrafu takiemu oprawcy jak Pinochet, ale po lekturze “Chrystusa z karabinem na ramieniu” mam poczucie, że Kapuściński dając głos ubogim, przekroczył tutaj granicę, która dla mnie osobiście jest ciężka do zaakceptowania, a manifestuje się w tym konkretnym przypadku wyjściem poza status obserwatora i tłumacza oraz wkroczeniem w buty moralizatora. I to z jedynie słusznej strony. Nie wiem, być może była to koncesja poczyniona w stronę cenzora – nie potrafię na to odpowiedzieć. Wiem, że obniżyło to moją ocenę całości.





Zobacz także:

Zostaw komentarz