The end of the world as I know it (and I don’t feel fine)
Wygląda na to, że jesteś tu po raz pierwszy - może skorzystasz z powiadomień o nowym wpisie dzięki kanałom RSS. Kanały RSS możesz subskrybować np. przy pomocy usługi Google Reader. Zapraszam do regularnych odwiedzin!
Od czasu do czasu, chyba każdy dla kogo czytanie książek jest niekłamaną przyjemnością, przeżywa kryzys czytelniczy. Sięgnięcie po jakąkolwiek książkę, staje się zadaniem nie do udźwignięcia. Konieczna jest przerwa, chwila odpoczynku, nabranie dystansu. Ten półżywy blog jest tego najlepszym dowodem. Co jednak zrobić, gdy nieczytanie nie jest świadomym wyborem będącym skutkiem przesytu, potrzeby oddechu, ale wynikiem całkowitego braku czasu i psychicznej oraz fizycznej siły?
Dobrej odpowiedzi nie ma, a przydałaby mi się w tej chwili jak rzadko kiedy. Ostatnie dwa miesiące to niemal ciągła praca, a minione dwa tygodnie to dosłownie praca 7 dni w tygodniu od 7 rano do 23 wieczorem. Wyjście z biura tak naprawdę nie zmienia stanu umysłu, bo po kilkudziesięciu minutach człowiek i tak zasiada z powrotem przed ekranem komputera i dalej pracuje nad ważnymi projektami.
Z rozrzewnieniem zaczynam wspominać czasy licealne czy studenckie i to bynajmniej nie z powodu mniej lub bardziej hucznych zabaw, ale tęsknię za momentami gdy brakowało nie czasu, ale środków na kupno kolejnych upragnionych książek. Dzisiaj, gdy osiągnąłem stan finansowej stabilizacji, gdy nie ma obaw o spłatę kolejnej raty kredytu za mieszkanie, czynszu i dziesiątków innych wydatków, kiedy swobodnie mógłbym kupować nawet kilkadziesiąt książek miesięcznie, nie potrafię i nie mam siły zrobić zakupów obejmujących choćby jeden tytuł. Wiem, że i tak nie będę w stanie go przeczytać, że zostanie kolejnym “półkownikiem” zbierającym kurz jak wiele innych.
Najgorsze jest chyba jednak to, że nie mam ochoty zrobić sobie przerwy i powrócić do czytania, bo praca nad kilkoma ważnymi sprawami sprawia mi niekłamaną satysfakcję. Ostatnio usłyszałem, że przydałby mi się urlop, a ktoś inny stwierdził że wyglądam jak zombie.
Mój dzisiejszy kontakt z literaturą ogranicza się do coraz to nowych audiobooków, których w ostatnich miesiącach przesłuchałem kilkanaście, może już wręcz kilkadziesiąt. Codzienne przejazdy do pracy czy wyjazdy w wielogodzinne delegacje są okazją do odkrywania nowych książek na nowo, tym razem w wersji mówionej, lub też poznawania innych po raz pierwszy. Co tu dużo pisać – jest to powierzchowny kontakt z literaturą, który wrażeniami nie może się równać ze słowem pisanym. Aż szkoda, że do tego doszło; że audioksiążki całkowicie zastąpiły mi te prawdziwe.
Ale cóż zrobić. Lepsze to nic zupełna pustka.
Wszelkie porady (wyjątkowo) mile widziane.
Zobacz także:

Komentarzy (6) to “The end of the world as I know it (and I don’t feel fine)”
Właśnie odkryłeś Amerykę w konserwach (tzn. odwieczny dylemat “mieć czy być”). :->
Cóż, taką sobie wybrałeś ścieżkę kariery, to teraz masz. Sądząc z powyższej notki, zarabiasz prawdopodobnie kilkakrotnie więcej ode mnie, ale prawdę powiedziawszy, raczej nie zamieniłbym się z tobą. Ja nadal mam czas na rodzinę, przyjaciół, książki, filmy, konwenty itd. i musiałby mi ktoś zaproponować naprawdę potężną górę forsy, żebym zgodził się to porzucić.
Wiesz, paradoksalnie ostatnimi miesiącami na znajomych i przyjaciół mam najwięcej czasu od… no od bardzo dawna. Tylko na książki jestem zmęczony.
To minie:) Ostatnio na książki zaczęłam patrzeć przedmiotowo, patroszyć je pod kątem magisterki, to też potrafi zohydzić czytanie “dla przyjemności”. Będzie z miesiąc, jak nie przeczytałam nic “dla siebie”. Po prostu czasu brakuje. Ale w czerwcu powinno być już lepiej.
A jak nie minie, no to cóż – nie na tym to polega, żeby czytanie było obowiązkiem.
Też sobie robię wolne ostatnio. Nie wiem nawet jakie są nowości i dooooopsze mi z tym
Planuję zrobić wyjątek dla nowego Mocka i dla “Viriconium”, ale takie tam plany, wiadomo.
Straszna praca, ale ją lubię. Ot, cała sprawa. Innymi słowy – nie jesteś sam.
Zadziwiająca zbieżność, tak swoją drogą. Podobnie jak Ty teraz całymi dniami pracuję, a kiedy wracam do domu, to tak jestem zmęczona, że mi się w głowie kręci, więc z czytania, to czytam tylko teksty zawodowe. I z tym też mi dooooopsze
Zgadzam się z Alem, niestety.
Wiesz- być, albo mieć ;P
Uważaj tylko, żebyś nie zapomniał wyskoczyć z tej karuzeli i miał czas na piwo wyskoczyć
Kurczę, zawsze mi się wydawało, że praca jest tylko środkiem, a nie celem, ale w sumie… doskonale Cię rozumiem.
Przy czym szkoda, że trochę cierpi na tym ten blog, bo zaglądam na niego sporadycznie niemal od czasu jego powstania i zawsze lubiłem sobie poczytać o Twoich ostatnich lekturach. I lubię nadal, więc nie zawiedź mnie brakiem materiałów.
Zostaw komentarz