“Dom burz”, Ian R. MacLeod

“Wieki światła” MacLeoda, były jedną z najlepszych książek 2006 roku. Nie dziwi więc, że po kolejnej, choć fabularnie i charakterologicznie niezwiązanej z nimi, książce tegoż autora, spodziewałem się wybitnego osiągnięcia. “Dom burz” – choć do końca nie spełnił pokładanych nadziei – był jednak bardzo przyjemną lekturą.

Alternatywna historia Anglii, po raz pierwszy przedstawiona w “Wiekach światła”, ma tutaj swój dalszy ciąg. Mniej więcej wiek po wydarzeniach opisywanych już przez MacLeoda, naeteryzowana rzeczywistość wciąż stanowi o sile napędowej tego fikcyjnego świata. Pewnej zmianie i lekkiej poprawie uległo traktowanie Odmieńców, osób negatywnie dotkniętych przez magię eteru, przez resztę społeczeństwa, lecz wciąż są oni odrzutkami. Krajem nadal rządzą potężne Gildie oparte na magii eteru, a najpotężniejszą z nich jest Cech Telegrafistów. I właśnie Arcycechmistrzyni tego cechu, niezwykle inteligentna i bardzo urodziwa Alice Meynell, a przy tym kochająca matka, przybywa wraz ze swym śmiertelnie chorym synem na obrzeża Anglii, do zapomnianej rezydencji w Invercombe. Pełna desperackiej nadziei w możliwość przywrócenia zdrowia synowi, dopina swego, popełniając przy tym kilka kolejnych, złych uczynków.

Wielkim przegranym “Domu burz” jest fabuła. Wydaje mi się, że MaLeod chciał przekazać wiele celnych obserwacji o społeczeństwie, jednak na drodze ku temu stanęło, dosyć zaskakujące przełamanie całości posiekanym wątkami historii dwojga zakochanych za młodu oraz owocu ich nastoletniej miłości. Nawet jeśli taki układ powieści uznać za w pełni zrozumiały i uzasadniony opowiadaną historią, to posługując się koślawą metaforą, można powiedzieć, że zawiodła spoina utrzymująca “Dom burz” w nienaruszonej całości. Gdyby nie źle wprowadzony wątek Klyde’a, książkę możnaby uznać za równą “Wiekom światła”, które może i miały swoje słabe strony, ale całościowo broniły się o niebo lepiej.

W dalszym jednak ciągu, siła pisarstwa MacLeoda tkwi w przecudnej urody języku jakim się posługuje. Fraza, niespieszne tempo i umiejętność wytworzenia właściwego nastroju, to dla mnie najważniejsza cecha jego pisarstwa. Minęło parę miesięcy odkąd ukończyłem książkę, a wciąż mam przed oczami dolinę Invercombe otoczoną lekką mgiełką i poświatą. I z tym mi się MacLeod kojarzy – jak filmy kręcone przy użyciu odpowiedniego filtra, tak i jego proza sprawia, że świat który kreuje, nabiera pewnej nierealności w samej wartwie językowej.

Drugim elementem ratującym powieść są postaci. Zarówno te drugoplanowe, przewijające się często tylko na kilku stronach, ale naznaczające sobą powieść, jak i te dominujące. I tu absolutnie wybija się demoniczna, niemal żywcem przeniesiona z szekspirowskich dramatów, Alice Meynell. W przeciwieństwie do swego miałkiego syna (zapewne wychodzą tu moje samcze uprzedzenia w stosunku do takich postaci), kradnie tę powieść. Choć to nie ona jest główną bohaterką, to nieustannie czuć jej złowieszczą obecność. Niemal perwersyjna przyjemność.

Tak więc, jest “Dom burz” słabszą książką od “Wieków światła”, a jednak… Uwodzi.

****½ – w zasadzie powinny być cztery gwiazdki, ale ten język i nastrój zasługują na coś więcej.

Posted on grudzień 14, 2008 at 18:20 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: ,

Leave a Reply