“451° Fahrenheita”, Ray Bradbury
Every burned book enlightens the world.
- Ralph Waldo Emerson.
Głęboko wierzę, że każda palona książka przybliża do ciemności, zatem ten cytat brzmi raczej cynicznie. Powieść, o której dzisiaj piszę, w żadnym wypadku nie jest jednak cyniczna – to jedna z najbardziej przeraźliwych wizji przyszłości z jakimi miałem do czynienia. Chyba bardziej okrutna, niż dziesiątki opowieści o apokaliptycznej zagładzie jaką ludzkość mogłaby sobie sama zafundować.

“451° Fahrenheita” to doskonały przykład potęgi zdania otwierającego – Przyjemnie było palić. Krótkie, ale jakże treściwe, zwłaszcza w zestawieniu z zawodem wypowiadającego te słowa. W świecie opisywanym przez Bradbury’ego, zadaniem strażaków jest bowiem palić. Palić książki, palić czasopisma, palić słowo pisane, by dbać o czystość myśli ludzi zamieszkujących od dawna ognioodporne domy.
Kojarzy się z totalitaryzmem? Niewątpliwie, choć sam autor zastrzega podobno, że to książka o ogłupiającej potędze telewizji. Telewizji, która w życiu ludzi zastąpiła całą rozrywkę, stała się niemal całym życiem, w którym jak im się wydaje, mogą aktywnie uczestniczyć, oglądając chyba nieustannie nadawaną “Rodzinkę”, krok po kroku zastępującą im tą prawdziwą. “451° Fahrenheita” ma z najsłynniejszymi antyutopiami trochę wspólnego. Przede wszystkim wizję społeczeństwa przyszłości poddanego terrorowi, tu może pozbawionego aż tak wielu represji fizycznych, jak chociażby w “1984″, ale nie mniej okrutnego. Jednocześnie jednak to świat trochę postawiony na głowie – tu bowiem to ludzie zdecydowali sami o swojej przyszłości, o braku potrzeby posiadania i poznawania literatury, uznając ją za szkodzącą prawomyślności, krzywdzącą coraz to nowe grupy społeczeństwa. W imię politycznej poprawności wybrali nie wolność myślenia, lecz wolność od myślenia (bo nie można urazić nawet najmniejszej, z najmniejszych mniejszości), ograniczając się do zaspokajania potrzeb fizjologicznych. Sami narzucili na siebie kajdany sprowadzające ich niemal do roślin, biernie funkcjonujących w tak zwanym społeczeństwie, przyczyniając się do strywializowania życia, a przede wszystkim upadku więzi rodzinnych i narastającego zdziczenia obyczajów. Jednocześnie jednak, o ironio (i zgrozo!), na straży tego systemu stoją ludzie, podobnie jak w “1984″ czy “Nowym wspaniałym świecie”, intelektualnie ponad niego wyrastający, można wręcz rzec, kulturalni, humaniści, jak szef głównego bohatera, Beatty (Szatan śmie nam cytować pismo – ha).
Przyznam, że jestem trochę zafascynowany swoistą idée fixe Bradbury’ego i częstym powracaniem do motywu upadku cywilizacji człowieka, który odszedł od sztuki i literatury uznając, że albo stanowi ona zagrożenie, albo nie niosąc żadnych pożytecznych (w sensie materialnym) treści, nie jest warta uwagi. Ten temat przewijał się i w genialnych “Kronikach marsjańskich” (Powiadali, że każdy musi stawić czoło rzeczywistości, temu, co dzieje się Tu i Teraz! Wszystko inne musi odejść. Piękne literackie kłamstwa i wybryki fantazji straciły rację bytu, toteż pewnego sobotniego ranka trzydzieści lat temu, w 1975 roku, ustawiono ich wszystkich pod ścianą biblioteki – świętego Mikołaja i Jeźdźca bez Głowy, Królewnę Śnieżkę, Rumpelstiltskina i Matkę Gąskę – och, jakiż podniósł się płacz! – i rozstrzelali ich, spalili zamki z papieru, księżniczki zaklęte w żaby i starych władców oraz ludzi, którzy żyli długo i szczęśliwie (bowiem, rzecz jasna, wszyscy wiedzieli, że nikt nie żyje długo i szczęśliwie!). „Dawno, dawno temu” przemieniło się w „nigdy więcej”. (…) Zmusili też Alicję, by wypiła napój, po którym zmniejszyła się tak, że nie mogła już wykrzyknąć: „zdziwniej i zdziwniej”; jednym uderzeniem młota rozbili lustro, Czerwonego Króla i ostrygi.) i w innych opowiadaniach, jak np. “Słup ognia” (- Czy może mi pan jeszcze raz podać nazwisko? – Edgar Allan Poe. – Nie mamy takiego autora w katalogu. – Bardzo proszę, niech pani sprawdzi jeszcze raz. Sprawdziła. – Och, tak. mam tu czerwony znaczek na karcie. To jeden z autorów z okresu Wielkiego palenia w 2265 roku.). Bradbury jest lub był do tego stopnia opętany tym tematem, że jakiś czas temu ukazał się cały tomik tekstów jego autorstwa poświęconych tej kwestii. Uwielbiam go za ten jego głęboki humanizm i wszechstronność, a jednocześnie operowanie pozornie skromnymi, ale niezwykle wyrazistymi środkami, bardzo oddziałującymi na czytelnika.
Bradbury należy do tej nielicznej kategorii pisarzy sf amerykańskich, która dostarcza literatury będącej przede wszystkim pożywką dla myślenia, a nie będącej li tylko rozrywką. Nie ma takich wielu zresztą nie tylko w Stanach, ale w każdym innym miejscu. Teksty Bradbury’ego to nie tyle pomysł, co idea. Dość powiedzieć, że minęło pół wieku od napisania tejże powieści, a wciąż budzi ona dreszcz przerażenia z powodu potworności jakie opisuje. A co gorsza, zachowując wszelkie proporcje, wizja pisarza bliższa jest chyba (samo)spełnienia dzisiaj, niż pięćdziesiąt lat temu. Miejmy nadzieję, że za kolejne pół wieku wciąż pozostanie tylko wizją, oby dalej równie przerażającą, bo myśl że książki mogą być zakazane na własne życzenie ludzi jest straszna, zwłaszcza w takim miejscu jak ten blog. Och, nie mam wątpliwości, że dziewięćdziesiąt procent literatury nie niesie ze sobą nic, poza zlepkiem liter, ale ta reszta stanowi o tym, czym jako ludzie jesteśmy.
Po prostu nie można nie znać. Lektura absolutnie obowiązkowa.






He who destroyes a good Booke, kills reason it selfe
- J. Milton

on 27/01/2009 at 18:41
Permalink
Dzięki za recenzje. Książeczka jest już u mnie na warsztacie.
pozdrawiam