“Afgańczyk”, Frederick Forsyth

Nieplanowana lektura, która wpadła mi w ręce, gdy pakowałem swoje książki do przeprowadzki. Mój ulubiony autor książek sensacyjnych, Frederick Forsyth, wydał jak się okazało nową powieść. I to w ubiegłym roku, ale jakoś odkryłem to dopiero teraz. Nie będę ukrywał, że po “Mścicielu”, który był ogromnym zawodem, podchodziłem do sprawy trochę jak pies do jeża. Ale nie było źle.

To był chyba początek liceum, gdy zapoznawałem się z MacLeanem, Ludlumem i Forsythem, wydawanymi wtedy, jak wiele zachodnich książek, w setkach tysięcy egzemplarzy. Chociaż cała trójka poruszała się w obrębie sensacji/thrillerów, to ten ostatni wybijał się ponad nich bez wątpienia. O ile MacLean czy Ludlum pisali napakowane akcją powieści, to były to pozycje linearne. Forsyth natomiast, konstruował oraz wciąż konstruuje swoje książki w zupełnie inny sposób. Co najmniej połowa, a chyba przeważnie mniej więcej dwie trzecie powieści, to mozolne zawiązywanie akcji. Wydawać by się mogło, że jak na czterystustronicową powieść, trzysta stron poświęcone na przygrywkę to trochę zbyt wiele. Ale autor słynnego “Dnia Szakala”, ma niesamowitą umiejętność budowania napięcia i zainteresowania czytelnika snuciem opowieści o kilku, może nawet kilkunastu różnych, z pozoru niepowiązanych wątkach. Prawie zawsze wydają się niezależne od siebie, często oddalone czasowo, ale kto raz przeczytał choć jednego Forsytha, czeka na ten jeden moment, w którym cała ta mieszanka eksploduje i wszystko nagle zacznie galopować do przodu, zlewając się w jeden wątek. Poza nieszczęsnym “Mścicielem”, jeszcze nigdy nie potrafiłem przerwać lektury przed dowiedzeniem się, jak to się do licha skończy! Nie inaczej było tym razem.

“Afgańczyk” podejmuje temat terroryzmu islamskiego i wojny z Al-Kaidą. Otóż służby specjalne Wielkiej Brytanii i USA, przy pomocy wywiadu pakistańskiego, wpadają na tajne plany kolejnej spektakularnej akcji tej najbardziej medialnej obecnie organizacji terrorystycznej. No i rozpoczyna się oczywiście walka z czasem zmierzająca, jakżeby inaczej, do odkrycia następnego celu terrorystów i zneutralizowania zagrożenia. Zachodnie służby wpadają na szaleńczy plan umieszczenia w strukturach Bazy, sobowtóra bojownika przetrzymywanego w więzieniu w Guantanamo od pięciu lat. I tak to się w wielkim skrócie zaczyna.

Jakby się tak zastanowić, to przecież wiadomo jak w ogólnym zarysie, każda z powieści Forsytha się skończy, ale istotne są te szczegóły finiszu, no i dojście do nich. Wszak nie od dziś wiadomo, że nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go. Forsyth uchodzi za perfekcjonistę – jego bohaterowie poruszają się w dokładnie opisanych miejscach, które z książką w ręku możnaby niemal zwiedzać. Pracuje dla niego sztab ludzi, zbierających informacje, tylko po to, by powieść nie traciła na realności. Nie inaczej jest i tym razem.[1]) Mnogość szczegółów może trochę przeszkadzać, ale ja przynajmniej, właśnie po to czytam jego kolejne wyroby. Forsyth ma swój specyficzny, trochę suchy styl, pochodzący być może z czasów, gdy był jeszcze reporterem i to prawdopodobnie może być trudne w odbiorze, zwłaszcza jak się go porówna do takiego MacLeana. Cóż, po prostu trzeba przez to przebrnąć i polubić. Jeśli dobrze pamiętam, jest to bodaj pierwsza powieść Forsytha, w której mamy do czynienia z powracającym bohaterem, bo Mike Martin był przecież główną postacią, niezłej skądinąd, “Pięści Boga”. Ostatecznie, “Afgańczyk” to dobra, choć nie rewelacyjna, a już na pewno nie najlepsza powieść autora. Najlepszą wciąż pozostaje dla mnie “Diabelska alternatywa”.

****


  1. Szkoda tylko, że skrewiło polskie tłumaczenie robiąc z samolotu AC-130 śmigłowiec! []
Posted on listopad 1, 2008 at 22:46 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione

Leave a Reply