“Królikarnia”, Maciej Guzek

Kiedy pojawiła się zapowiedź tej książki na stronie internetowej wydawnictwa miałem ogromną ochotę od razu ją kupić. Potem jakoś mi to umknęło, pojawiły się inne książki, brak czasu, ale w końcu udało się. Nie był to stracony czas, chociaż uważam, że to taka lektura na jeden raz. I na dodatek do zapomnienia.

Guzek znalazł się w idealnej, w moim przekonaniu, pozycji, bo ma w garści wszystkie, ale to absolutnie wszystkie instrumenty potrzebne do sukcesu rynkowego. W skali polskiej tylko, ale jednak.
Instrument 1. Wiadomo jak to z nami Polakami jest – wiecznie cierpimy na jakieś naradowe traumy i jak kania dżdżu, łakniemy czegoś ku pokrzepieniu serc. I tu na scenę wkracza Guzek z “Królikarnią”. Pomysł zaiste kapitalny w swej prostocie. Oto nikt inny jak Polacy, odkrywa dostęp do światów równoległych. Światów rodem z bajek, baśni tudzież książek, przyjmijmy że dosyć eskapistycznych. Kontrola nad technikami przenikania do tychże miejsc, zapewnia Rzeczpospolitej dostęp do ezoterycznych technologii i gadżetów, co szybko powoduje rozkwit przemysłu nastawionego na ich wykorzystanie i to na skalę światową. Tym samym nagle z Polską zaczynają się liczyć nawet największe światowe potęgi. Nawet jeśli naiwne, to wywołuje uśmiech. Punkt dla Guzka.

Instrument 2. Nawiązania. Do wszystkiego. Oczywiście najbardziej widoczne są te, koncentrujące się na bajkach, baśniach, balladach, które wszyscy znają (a w zasadzie powinni znać, by mogli uważać się za osoby, które odebrały odpowiedni ładunek wiedzy humanistycznej). Jest też sporo nawiązań do klasyków (tak, tak, taki Sapkowski to już klasyk), a nawet do szeroko rozumianej popkultury. Wydaje mi się, że to bardzo polska cecha, ale polscy czytelnicy po prostu takie zagrywki lubią, stąd tak popularny to zabieg, zwłaszcza ostatnimi laty wśród młodych polskich fantastów. Z komercyjnego punktu widzenia, to doskonały patent, zatem powinien być punkt dla Guzka. Ale jednak zbyt to było nachalne, zbyt mało subtelne, żeby mnie porwało. Jeśli autor planuje to ciągnąć w kolejnych tekstach, to powinien chyba mocno jeszcze popracować, bo wielu przed nim robiło to lepiej. Interpretacja popularnych bajek i baśni? Jestem za, byleby dobrze. Rezultat: punkt, ale karny, dla autora.

Instrument 3. Humor. No, sam pomysł na cykl opowiadań już jest wystarczająco zabawny (przez swoją absurdalność), ale Maciej Guzek potrafi jeszcze do tego dopisać naprawdę dobry tekst. Pod jednym wszakże warunkiem – musi niestety unikać tanich dowcipów z podtekstami politycznymi. Po pierwsze były żenujące (nawet biorąc pod uwagę moją skrajną pogardę dla Samoobrony, LPR-u et consortes), a po drugie, nadspodziewanie szybko mogą stracić na czytelności. Za kilka lat dzisiejsze pokolenie uczniów podstawówek, które wkraczając do gimnazjum stanie się zapewne grupą docelową Guzka, nic z tego nie odczyta. Dobra literatura, to bez wątplienia literatura ponadczasowa, czytelna w każdym momencie. Polityczne aluzje niestety się w takie mechanizmy nie wpisują. Wynik? No, remis ze wskazaniem na autora (tylko za samokrytyczne wtręty Twardowskiego).

Niewątpliwie powszechny odbiór tego zbioru opowiadań jest znacząco inny niż mój, ale cóż. Lektura “Królikarni” nie dostarczyła mi nazbyt wiele materiału do przemyśleń. Była po prostu krótką i w miarę prostą rozrywką, jakich jest jednak sporo, a to chyba trochę za mało by na stałe zagościć w moim czytelniczym sercu. Ostatecznie ocena jest podniesiona o pół gwiazdki. To za postać Twardowskiego, bodaj najmocniejszy punkt całości. No i za to, że “Panią Twardowską” zawsze kochałem, bo to dobra ballada była.

***½

Posted on październik 12, 2008 at 20:42 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: ,

3 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by Cintryjka
    on 13/10/2008 at 09:58
    Permalink

    Zgadzam się, politykierstwo w wydaniu Guzka było żenujące. Ale i tak czekam na jego powieść, moze być ciekawa.

  2. Written by Malin
    on 13/10/2008 at 10:22
    Permalink

    Praktycznie wszystko, co wychodzi w Fabryce Słów i Runie łykam od razu i w całości, ale tej książki jakoś nie przeczytałem. Zniechęciłem się w połowie. A to dziwne, bo miałem tak jak Ty: gdy przeczytałem opis książki, to pomyślałem: muszę to przeczytać! I nie dobrnąłem do końca…

    Nie wiem czy czytałeś, ale polecam w tych klimatach “Przenajświętszą Rzeczpospolitą” Jacka Piekary. Też o Polsce, ale diametralnie inaczej przedstawionej: wielkie bagno, w którym wszyscy nakradli co się dało i zostawili w strasznym stanie.

  3. Written by Spike
    on 13/10/2008 at 21:12
    Permalink

    Heh, czyli nie jestem jedyną osobą, po której twórczość Guzka spływa jak woda po kaczce… Czytałem wprawdzie tylko kilka jego opowiadań (“Królikarnię”, “Zmianę”, “Adwent” i chyba coś jeszcze), ale za każdym razem reakcję miałem identyczną: OK, nawet niezłe, przyzwoicie napisane, w miarę sensowne i w ogóle, ale jakoś nie porusza we mnie żadnych głębszych strun i nie powoduje, że chciałbym do tego kiedyś wracać. Ot, takie jednostrzałówki klasy read & forget.

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply