“Freakonomia. Świat od podszewki”, S. Levitt, S. Dubner

Trochę zabawne, nie do końca poważne, ale przyjemne w czytaniu, odkrywanie świata “od podszewki”. “Freakonomia” pozwala na chwilę zabawy, ale w zasadzie niewiele więcej. Ot, sympatyczna rozrywka na dwa wieczory, w bardzo amerykańskim stylu.

Wszyscy wkoło, łącznie z autorami powtarzają, że “Freakonomia” nie zawiera żadnej myśli przewodniej, żadnego wiodącego tematu. Po części to prawda, bo autorzy zdają się przeskakiwać z tematu na temat, jak z kwiatka na kwiatek, na pozór bez żadnego sensu. Opowiedzą trochę o tym co wspólnego mają ze sobą nauczyciele i zawodnicy sumo, albo dlaczego Ku Klux Klan przypomina trochę agentów nieruchomości lub też zastanowią się dlaczegóż to dealerzy narkotyków mieszkają ze swoimi matkami i tym podobne.

Jak sami autorzy podkreślają, to jednak jest książka o ekonomii, chociaż rozpatrywanej od dziwnej strony, bo w tejże nauce wszystko sprowadza się do właściwego bodźca i jego wychwycenia. Dlatego też obaj starają się te motywatory wychwycić i dzięki temu określić np. dlaczego człowiek sukcesu korzystający z serwisu randkowego może mieć mniejsze szanse na nawiązanie kontaktu niż życiowy nieudacznik. W przystępny i interesujący sposób wyjaśniają, jak to się dzieje, że agent nieruchomości sprzedający własny dom, jest w stanie uzyskać za niego wyższą cenę niż za taki sam, tyle że sprzedawany w czyimś imieniu (bodźcem jest oczywiście kasa), albo zastanawiają się, czy imię nadane przez rodziców ma faktycznie wpływ na szanse dzieci w życiu.

Trochę byłem zdziwiony, że ta książka ukazała się w Stanach Zjednoczonych, bo momentami dotyka tematów, które w tym kraju przesiąkniętym hipokryzją, przepraszam, polityczną poprawnością, powinny chyba wzbudzić okrzyki oburzenia. No bo jak to jest, że Levitt i Dubner wiążą znaczący spadek przestępczości w Stanach z legalizacją aborcji lub też dowodzą, że imiona nadawane murzyńskim dzieciom przez ich rodziców, znacząco utrudniają im dorosłe życie?

Część argumentów chyba jest naciągana, tym niemniej podana jest w bardzo przystępny sposób. Jak to w amerykańskiej nauce o ekonomii bywa, bez modelu matematycznego, bez analizy ilościowej, nie można niczego wykazać i praktycznie chyba każdy z rozdziałów opiera się na analizie statystycznej. Problem w tym, że w moim odczuciu niektóre z relacji, związków przyczynowo-skutkowych identyfikowanych przez autorów, nie do końca są prawdziwe, a dobrane zostały po to, by “fajnie” wyglądały. Ale to moje odczucie. Na pewno zazdroszczę tego, że na amerykańskich uczelniach możliwe jest prowadzenie takich badań, które u nas zostałyby uznane zapewne za nienaukowe. Po wtóre zazdroszczę tego, że możliwe jest pozyskanie grantów na tego typu prace. Z zafascynowaniem czytałem o rozmowie jednego z autorów z profesorami-noblistami z Harvardu, od których zależała jego przyszłość na tej uczelni i podejścia do pracy naukowej, jakie wykazywali. Wreszcie zazdroszczę tej płynności i łatwości w argumentowaniu w taki sposób, jak zrobili to autorzy, bo to de facto sprawiło, że książka odniosła sukces. I choć na pozór “Freakonomia” pozbawiona jest przewodniego wątku, to w rzeczywistości wartość książki sprowadza się do zachęcenia czytelnika, by zaczął zadawać właściwe pytania. Albo by w ogóle zaczął zadawać pytania i kwestionować rzeczywistość. Dalej jakoś już pójdzie.

****


Zobacz także:

  • Lista zaległości – sierpień
  • Lista zaległości – maj
  • Lista zaległości – styczeń
  • Lista zaległości – luty
  • Lista zaległości – czerwiec
  • lipiec 6, 2008 • Tagi:  • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Zostaw komentarz