“Dżuma w Breslau”, Marek Krajewski
Kiedy pojawiła się wiadomość, że wychodzi nowa książka Krajewskiego i zarazem pierwsze plotki o tym, iż będzie to piąty Mock, nie chciałem w to wierzyć. Mało tego, ja nie chciałem kontynuacji przygód Mocka, bo uważałem że “Festung Breslau” stanowiła bardzo dobre zakończenie całej sagi o dwóch bohaterach: policjancie i mieście, w jakim przyszło mu żyć. A tak napisanie o “Festung…”, że koniec wieńczy dzieło, okazało się nie do końca prawdziwe.

Po roku 1945 przychodzi nam cofnąć się do początku lat 20-tych, między wydarzenia rozgrywające się w “Widmach w mieście Breslau” a “Końcem świata w Breslau”. Mock jest tu zaledwie nadwachmistrzem we wrocławskiej policji obyczajowej, wciąż marzącym o awansie i przeniesieniu do policji kryminalnej. Problem w tym, że Heinrich Mühlhaus, szef policji, jest do jego osoby nastawiony sceptycznie, choć ma pewne plany. Jakby na domiar złego, w brutalny (w Breslau wszystko wydaje się być definiowane przez to słowo) sposób giną dwie prostytutki i pewnie nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że na narzędziu zbrodni znajdują się odciski palców Mocka. A to poważnie komplikuje jego sytuację…
Dotychczasowe książki Krajewskiego przyzwyczaiły do swobodnego traktowania chronologii czasowej i nie inaczej jest tym razem. Ale to też powód do mojej chyba największej irytacji cyklem, bo powoduje to mętlik w głowie potencjalnego czytelnika – czy lepiej śledzić losy Mocka według chronologii wydarzeń, czy też wedle kolejności w jakiej były wydawane? Dobrej odpowiedzi nie ma, ale przyjęty sposób pisania, pozwala autorowi (co chyba niedawno przyznał w wywiadzie) na pisanie kolejnych kontynuacji. I choć jeszcze niedawno byłem sceptyczny, to “Dżumę w Breslau” uważam za naprawdę dobrą książkę.
Wydaje mi się, że konstrukcyjnie jest to najlepsza dotychczas powieść Krajewskiego, z najlepiej wyważonymi proporcjami pomiędzy Mockiem, międzywojennym Wrocławiem (przepraszam, Breslau), intrygą kryminalną a wszystkimi pozostałymi elementami. Nie jest to jednak powieść doskonała, bo zabrakło w niej dla mnie szczegółów, które decydowały o bardzo dobrej jakości “Festung Breslau”. Mam tu na myśli drobne sceny, jak choćby ta z małym kowbojem pośród ruin Wrocławia. W “Dżumie…” jest tego niewiele, a bodaj najlepiej sprawdza się autor w opisach więziennych perypetii bohaterów, gdzie naturalistyczne opisy warunków panujących w celach czy odczuć postaci są bardzo plastyczne. Na plus zaliczyłbym za to intrygę kryminalną, której choć do doskonałości trochę jednak brakuje, to pokazuje ona, że w tym, bodaj najsłabszym z dotychczasowych elementów twórczości Krajewskiego, robi postępy. Jest najbardziej wiarygodna ze wszystkich i choć niewątpliwie “pokręcona”, to trzymająca jednak w napięciu. A przecież o to w kryminałach chodzi.
“Dżuma w Breslau” to wreszcie kolejny etap na drodze ku lepszemu poznaniu Mocka. Tutaj zaledwie u początków swojej policyjnej kariery, ale trapiony już swoimi największymi dolegliwościami – alkoholizmem, chucią i tym bezkompromisowym poczuciem sprawiedliwości, na pozór stojącym w całkowitej sprzeczności z jego postępowaniem. Tak więc z jednej strony to ten sam Mock, ale przez kolejne przenosiny w czasie i powrót do początków jego pracy w policji wrocławskiej, łatwiej przyjdzie zrozumieć niektóre jego późniejsze czyny. Co też nie pomaga w łatwym podjęciu decyzji o kolejności czytania opowieści o perypetiach Mocka.
Niezależnie od moich opinii, co do jakości konstrukcji tejże powieści, uważam jednak, że to “Festung Breslau” pozostaje najlepszą książką Krajewskiego, tuż za nią wciąż umieściłbym “Śmierć w Breslau”, a najnowsza “Dżuma…” znalazłaby się w takim rankingu na trzecim miejscu. Ale jednocześnie na tyle zaostrzyła moje apetyty, że chcę jeszcze więcej Mocka.





Zobacz także:

Komentarzy (8) to ““Dżuma w Breslau”, Marek Krajewski”
Czytam… » Lista zaległości - listopad - listopad 2nd, 2007
[...] « “Dżuma w Breslau”, Marek Krajewski | Czytam | [...]
Trafiłem na wadliwie zszyty egzemplarz (brak stron 145 – 160). Wydawnictwo nie odpowiada na maile. Radzę dokładnie przejrzeć książkę i zachować rachunek.
Mój egzemplarz był zszyty poprawnie i nic mu nie brakowało. Dosłownie – bo bardzo mi się “Dżuma…” podobała. Choć też byłem początkowo sceptyczny i traktowałem tę powieść jako skok na kasę. Niesłusznie
U mnie brakuje stron 193-208
beznadziejna pełna wulgaryzmów, przersowanych na siłę trzymana akcja, brutalna, npisana na tematyczne zamówienie, brak czucia tematu tylko widoczny mus. wiec wyszł jak wyszło. przeczytałam połowę odczuc jakich doznałam to wstręt , obrzydzenie i miernota. Szkoda bo byłam wielbicielką
ROTFLMAO!!!!
Aneta, jeśli nie podobało ci się to wszystko co wymieniłaś, to jak do licha mogłaś być wielbicielką Mocka do tej pory?
Przeczysz sama sobie.
Ale najgorsza jest czesc dzwiekowa, autor czyta tylko troche lepiej od syntezatora mowy. Ma w sobie tyle ekspresji co Rasiak gibkosci. Pelne drewno.
Natomiast w kwestii powiesci jest taka jak zawsze Mock – wciagajaca, mroczna, niewiarygodna i transportuje czytelnika w inny swiat – a o to przeciez chodzi…
Zostaw komentarz