“The Etched City” (“Akwaforta”), K. J. Bishop
Wszystko zaczęło się jakiś czas temu, kiedy postanowiłem skopiować czyjś pomysł i sięgnąć po kilka książek, w których istotne znaczenie mają odgrywać wykreowane przez autorów miasta. Stąd pomysł by sięgnąć po “Akwafortę”, po “Trial of Flowers”, po “Fizjonomikę”, później może po “City of Saints and Madmen” itd. Oczekiwałem czegoś może nawet na kształt “Dworca Perdido” Mieville’a, może tylko z lepszą fabułą, a trafiłem na…

No właśnie. Trafiłem na książkę w zasadzie bez fabuły. Wszystko zaczyna się w jakiejś pustynnej krainie, trochę przywodzącej na myśl świat rodem z Mad Maxa. Pustynia, broń palna, samozwańczy przywódcy, enklawy zamieszkane przez ludzi i kolej przebiegająca przez jej obszar. Wkrótce jednak, dwójka głównych bohaterów, dawnych powstańców, opuszcza ją uciekając przez pościgiem… i w zasadzie po kilkudziesięciu stronach kończy się fabuła. Następna część powieści, rozgrywającej się już w upalnym, tropikalnym Ashamoil, to w zasadzie zlepek scen, które tak naprawdę mogą, ale wcale nie muszą funkcjonować w ramach jednej powieści. To wszystko sprawiło, że walczyłem z książką na każdej stronie, wielokrotnie czytając te same fragmenty po kilka razy, bo niemalże nic nie mogłem przyswoić sobie za pierwszym razem, tak niemrawa jest ta powieść. W pewnym momencie, mniej więcej w 2/3 nastąpiło gwałtowne przyspieszenie i prawdę mówiąc, nastąpiło to chyba w ostatnim momencie, który gotowy byłem scierpieć, nie przerywając na dobre lektury. Niestety, już po chwili wszystko wróciło do swojego poprzedniego, sennego tempa. Ale jednak doczytałem do końca.
Bishop wykazuje niesamowitą wyobraźnię, choć akurat niekoniecznie w scenach czy elementach, które chciałoby się pamiętać na dłużej. Autorka wprost lubuje się w makabrze, którą wszystko co żyje w Ashamoil jest przesiąknięte. Od samej dusznej atmosfery miasta począwszy, przez codzienne okrucieństwo bohaterów i przygodnych postaci pojawiających się od czasu do czasu czy naukowe zainteresowania innych, aż po makabryczną sztukę uprawianą przez jedną z artystek, rodem z koszmarów lub też obrazów co niektórych fantastów. Ta makabra nieustannie przeplata się ze swoistą onirycznością (bliższą jednak koszmarom) i wprowadza dziwną atmosferę. Tak naprawdę niewiele jest w tej książce fantastyki (bardzo niewiele), ale całość jest jakaś taka nierzeczywista. Odnosiłem wrażenie, jakby sami bohaterowie nie byli pewni świata w którym żyją, jakby momentami sen zlewał się z jawą i urojeniami narkomana. Jak napisałem wyżej, fabuły w zasadzie nie ma, a sceny z książki mogłyby spokojnie funkcjonować osobno, na pewno ze stratą dla całości, z jednym jednakże wyjątkiem. Gwynn, jeden z bohaterów w poszukiwaniu pewnej intrygującej go artystki trafia na trzech przygodnych kompanów w jednej z knajp, którzy opowiadają mu krótkie historie. Trudno mi powiedzieć dlaczego tak się stało, ale tą scenę uważam za chyba najlepszą z całości, a każda z opowiastek wyjątkowo nadaje się na samodzielne dziełko sztuki.
Brak, a na pewno trudna do jednoznaczenego zidentyfikowania fabuła szkodzą powieści. To zdecydowanie najsłabszy element. Nadmierna momentami stylizacja, zbyt rozbuchana wyobraźnia także nie pomagają, choć jednocześnie ta ostatnia jest jednak silną stroną autorki. Zmiany jakie zachodzą w bohaterach pod wpływem miasta, język autorki, to już elementy zdecydowanie wybijające się na plus. Nie potrafię do końca chyba sobie tego poukładać, ale “Akwaforta” jednak jest na swój sposób hipnotyzująca i ostatnie sto stron zdecydowanie poprawia ogólny wizerunek powieści, sprawiając że jednak warto po nią sięgnąć.





Zobacz także:

Komentarzy (8) to ““The Etched City” (“Akwaforta”), K. J. Bishop”
Mam wrażenie, że ta pozycja by mi się nie spodobała. Ale nie dowiem się tego dopóki nie spróbuję
Pytanie tylko czy będzie polski przekład. Zapewne nie…
Będzie. MAG ma wydać w serii Uczta Wyobraźni w przyszłym roku (i przypisanie do serii jest b. zrozumiałe), a tłumaczyć ma chyba Michał Jakuszewski, jeśli dobrze go zrozumiałem na Polconie, no i jeśli się nic nie zmieni.
A książka ma coś w sobie. W każdym bądź razie coś w głowie zostaje po lekturze.
Oj po ciężkostrawnym “Welinie” aż boję się podjąć jakiejkolwiek innej książki z tej serii…
Czytam… » Lista zaległości - październik - październik 6th, 2007
[...] “The Etched City”, K J. Bishopl [...]
Czytam… » “Trial of Flowers”, Jay Lake - listopad 11th, 2007
[...] “Trial of Flowers”, Jay Lake Kiedy niedawno pisałem o makabrze przenikającej treść “The Etched City” K.J. Bishop, nie sądziłem że tak szybko trafię na książkę, która pod tym względem ją tak bardzo pobije. “Trial of Flowers” Lake’a, to kolejna z powieści o miastach, których przeczytanie założyłem sobie jakiś czas temu. A za próbę opisania jak bardzo dziwna to rzecz, może niech posłużą słowa jednego mojego znajomego – This was at times some fucked-up shit. [...]
Bishop jest przedstawicielką literatury New Weird, do której zalicza się powieści tzw. nielinearne. I to jest właśnie taka powieść.
Przyznam, ze teoretycznie koncepcja jest dość ciekawa w teorii, ale w praktyce wcale się nie sprawdza. Inną książką dostępną w Polsce i zaliczaną do tego typu powieści są obie części Hala Duncana – Welin i Atrament. Ledwie zmęczyłam… ale Duncan ogólnie mi nie odpowiada. A Bishop podoba mi się o wiele bardziej. Dostałam ostatnio The New Weird, antologię VanderMeerów i jestem zachywcona jej The Art of Dying. Cudeńko!
Ja właśnie czekam na przesyłkę z amazonu z antologią New Weird plus Steampunk, też w redakcji Vandermeerów. Zobaczymy. Kilka nazwisk jest zachęcających.
Ja właśnie czytam “Welin” i męczę się niemiłosiernie, ale wierzę, że tylko Duncan mi nie podpasował z tej serii. “Ślepowidzenie” i “Akwaforta” są za to naprawdę świetne. Pisząc o tej drugiej, dla mnie też ten fragment, w którym trzech ludzi opowiada Gwynnowi trzy krótkie historie jest najlepszy, i pomimo tej sennej, leniwej atmosfery książka zasługuje według mnie na drugie czytanie, myślę że za drugim razem odczytałbym więcej sensów i książka nabrałaby dla mnie dodatkowego smaku. Naprawdę warto!
Zostaw komentarz