“Na szkarłatnych morzach”, Scott Lynch

Kiedy rok temu ukazywały się “Kłamstwa Locke’a Lamory”, Lynch solidnie namieszał na rynku wydawniczym, z miejsca podbijając czytelników. Stąd oczekiwania co do kontynuacji przygód dwójki uroczych Niecnych Dżentelmenów były naprawdę spore. Dzisiaj mogę już sobie odpowiedzieć na pytanie na ile druga odsłona ich historii dorównuje “Kłamstwom…”.

Locke i Jean opuścili Camorr szukają szczęścia gdzie indziej. Tak trafili do Tel Verrar, kolejnego miasta-państwa, gdzie szykują się do swojego najwiekszego dotychczas skoku, który być może zapewni im wystarczającą ilość środków, by kupić sobie pomniejszy tytuł szlachecki i w spokoju osiąść gdzieś na stałe, ciesząc się życiem bez napięć. Ale czy może im się to w ogóle udać? Ciągle ścigani przez magów z Karthainu, pakują się w kolejną awanturę, a dodatkowo dostają się między młot a kowadło. Młotem jest, marzący o władzy absolutnej, wojskowy lider Tel Verrar, niejaki Maximilian Stragos, a kowadłem, właściciel największego, najbezpieczniejszego i najbogatszego kasyna w całym mieście, Requin, który okazuje się być także głową wszystkich grup przestępczych Tel Verrar. I to jego skarbiec, kryjący legendarny majątek, planują po dwóch latach przygotowań obrabować Locke z Jeanem. Oczywiście sytuacja mocno się komplikuje, ich plany muszą poczekać, bo obaj Niecni Dżentelmeni, chcąc niechcąc, muszą zostać piratami i agentami Stragosa…

Powrócę do pytania z początku. Czy “Na szkarłatnych morzach” dorównuje “Kłamstwom Locke’a Lamory”? Otóż najkrócej pisząc, nie dorównuje. Czy w takim razie rozczarowuje? Też nie. Pierwsza część przygód obu bohaterów nie była arcydziełem literatury, zwłaszcza tej pisanej przez “L”, ale była doskonałym przykładem dobrze skrojonej literatury rozrywkowej, napisanej wyśmienitym językiem, z ciekawą, dynamiczną akcją, pełną zaskakujących zwrotów akcji i dwójką bohaterów, których nie sposób było nie polubić.

Co z tego pozostało w drugiej części? Bez wątpienia język i humor Lyncha – pod tym względem zmian na gorsze nie zanotowałem, a kilka “grypsów” z pewnością przejmę na własny użytek ;) . Nasi główni protagoniści, a w szczególności Jean, mocno zyskują, bo Lynch zdecydowanie pogłębia ich przyjaźń, choć stawia ich momentami przez ciężkimi wyborami. Niestety, mniej więcej w jednej czwartej powieści, kiedy okazuje się, że plany Locke’a mocno się komplikują, akcja “siada”, a wprowadzenie wątku pirackiego, może poza okazją do opisania kilku wariactw na pokładzie okrętu, nie wnosi ani niczego odświeżającego, ani nie wpisuje się dobrze w główny wątek. No dobra, jeśli nie liczyć okazji do wystawienia Jeana i Locke’a na próbę ich przyjaźni. Problem w tym, że te trzysta stron na morzu wydaje się być zbyt oderwane od całości, momentami może niepotrzebnie rozwleczone, bo oto na dodatek pod koniec, Locke na czterdziestu, może pięćdziesięciu stronach domyka plan skoku i odegrania się na Stragosie, z czym miał ewidentne problemy przez większą część powieści. Drugim solidnym rozczarowaniem, przynajmniej dla mnie, jest brak takiej dynamiki zwrotów akcji, do jakiej Lynch przyzwyczaił nas w “Kłamstwach…”, a przecież tam dodatkowo łamane to było przez ciągłe retrospekcje, od których tutaj autor szybko odchodzi. Jeśli nie liczyć końcowego efektu skoku na kasyno (nawiasem mówiąc rozkładającego na łopatki), to większych zaskoczeń nie zanotowałem. Lynch wprowadza kilka nowych, ciekawych postaci, a przede wszystkim nie boi się pozbyć bohaterów, którzy mogliby odgrywać istotną rolę w dalszych przygodach Locke’a i Jeana. Bez wątpienia taka polityka nie do końca mi odpowiada, ale muszę przyznać, że przez takie podejście powieści Lyncha zyskują. No a poza tym, piraci zawsze mnie kręcili, zwłaszcza kiedy są taką szaloną bandą jak w “Na szkarłatnych morzach”.

Zatem nawet jeśli w mojej opinii to słabsza powieść niż “Kłamstwa Locke’a Lamory”, to i tak pozostaję fanem Scotta Lyncha i wykreowanych przez niego bohaterów i z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnej odsłony ich dalszych przygód. Mam nadzieję, że “Republika złodziei” ponownie mnie zaskoczy.

****

Posted on wrzesień 30, 2007 at 21:18 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: 

11 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by Spike
    on 01/10/2007 at 18:36
    Permalink

    Prawdę mówiąc, mniej więcej tego się spodziewałem (tym bardziej, że większość dotychczas czytanych przeze mnie recenzji RSURS uderzała w podobne tony). Teraz pozostaje liczyć na to, że Paweł Ziemkiewicz da się namówić na publikację opowiadań z tego świata w NF :-)

  2. Written by Maciej Majewski
    on 01/10/2007 at 20:32
    Permalink

    Najpierw nowelki muszą powstać.

    A co do recenzji, to akurat większość chyba wyrażała zachwyty.

  3. Written by Czytam… » Lista zaległości - październik
    on 06/10/2007 at 14:25
    Permalink

    [...] « “Red Seas Under Red Skies”, Scott Lynch | Czytam | [...]

  4. Written by tarkus
    on 08/10/2007 at 00:10
    Permalink

    Kcem!! Kcem!! Pożycz :) )

  5. Written by Maciej Majewski
    on 08/10/2007 at 20:03
    Permalink

    A co dasz w zamian? ;)

  6. Written by tarkus
    on 16/10/2007 at 14:01
    Permalink

    Oesu…Nowego Krajewskiego? Albo “Dextera” :)

  7. Written by Maciej Majewski
    on 16/10/2007 at 14:22
    Permalink

    Nowego Krajewskiego skończyłem wczoraj, a “Dexter” mnie nie kręci :P Popracuj trochę ;)

  8. Written by tarkus
    on 17/10/2007 at 15:06
    Permalink

    Mogę ci jeszcze pożyczyć wszystkiego najlepszego… ;) )

  9. Written by Maciej Majewski
    on 17/10/2007 at 15:23
    Permalink

    Oj dobra. To się odezwij w sprawie szczegółów, ale najwcześniej dam radę w weekend.

  10. Written by Luslawa
    on 19/02/2008 at 18:29
    Permalink

    Prosze o kontakt Tarkusa w sprawie Festivalu w Bilzen 1969..Luslawa dorotaw23@poczta.onet.pl

  11. Written by maciek
    on 09/05/2009 at 10:02
    Permalink

    taki drobiazg: Stragos miał na imię Maxilian, a nie Maximilian.

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply