“Limes inferior”, Janusz A. Zajdel
Gusta się różnią, a to jak bardzo, widać na przykładzie “Limes inferior”, podobno najlepszej książki Janusza Zajdla i rzekomo jednej z najlepszych polskich książek fantastycznych. Moim, całkowicie nieobiektywnym zdaniem, to jedna z najbardziej przereklamowanych przez tzw. ogół, pozycji.

W gigantycznym mieście Argoland zamieszkałym przez dziesiątki milionów ludzi, obowiązuje ścisła hierarchia społeczna. O pozycji człowieka w systemie, a zarazem dostępie do luksusów i pracy, decyduje zakwalifikowanie do odpowiedniej grupy w oparciu o testy na inteligencję. Raz przyznany status może być zmieniony w wyniku ponownie zdawanego egzaminu, problem jednak w tym, że większość ludzi jednak jest zbyt tępa, by takie poprawki zaliczyć. I tu pojawia się rynek dla lifterów, grupy inteligentych osób, pomagających za odpowiednim wynagrodzeniem w przeskoczeniu na wyższy poziom, umożliwiający lepszy status życia. Jeden z najlepszych spośród nich, Sneer, odkrywa jednak, że coś jest nie tak z systemem funkcjonującym w Argolandzie…
Są w “Limes inferior” dwie ciekawe koncepcje. Po pierwsze koncepcja Kluczy – uniwersalnych dowodów tożsamości, portmonetek, kart płatniczych, bankomatowych plus diabli wie ilu jeszcze rzeczy (nikt tej tajemnicy nie zna). Po drugie, to wizja świata, w którym każdy osobnik kończy studia wyższe, a co za tym idzie określonych konsekwencji takiego stanu rzeczy, czyli dostosowywania się poziomu wykładów do poziomu studentów, a nie odwrotnie. To oczywiście rodzi sytuację, w której dyplom staje się nikomu niepotrzebnym świstkiem papieru, bowiem nie gwarantuje de facto niczego, nie jest również dowodem na posiadanie jakiejkolwiek wiedzy. Oba te elementy po latach okazują się być bliskie realizacji (Klucze jako karty czipowe, czy licencjat dla każdego i niech nikt nie odejdzie skrzywdzony). Tak, tyle że ciekawe koncepcje giną pośród niedostatecznie dobrze rozbudowanych psychologicznie postaci, kiczowatej, co tu wiele pisać, tajemnicy spowijającej podmioty kontrolujące system, no i katastrofalnego, a może wręcz żenującego zakończenia, jakby dopisanego na kolanie w ostatniej chwili, w oderwaniu od pierwotnych zamierzeń (co jeśli spojrzeć na okres powstawania być może jest dobrym wyjaśnieniem), jeśli założymy że ta książka w ogóle posiada zakończenie…
A w moim przypadku dochodzi do tego jeszcze chroniczna niechęć do martyrologii…
Dość trudno mi spoglądać na “Limes inferior” jako na coś innego niż tylko krytykę ustroju panującego w tym kraju jeszcze 20-30 lat temu. No, ale system sportretowany w powieści to prawie że kalka realnego socjalizmu, z wszelkimi wypaczeniami i absurdami. Być może, gdybym w roku ’79 miał lat co najmniej 15, a nie kilkanaście miesięcy, odbierałbym tę i jej podobne powieści zupełnie inaczej. Z perspektywy prawie trzydziestolatka, z jednej strony lektura tejże książki nastraja smutno, bo pokazuje jak wielkie jest nasze zakompleksienie, które próbujemy sobie rekompensować wmawianiem jaką to Wielką Literaturą jest “Limes inferior”. Z drugiej zaś, wzbudza śmiech, dokładnie z tego samego powodu. Dzisiaj taka lektura, zwłaszcza do mnie, nie dość że nie przemawia, ona po prostu mnie zniesmacza.
Kiedy opisywałem swoje wrażenia po “Cylindrze van Troffa” Zajdla (nawiasem mówiąc o wiele lepszej książce, przede wszystkim lepiej opierającej się próbie czasu), wyraziłem tam nadzieję, że gdyby polska fantastyka socjologiczna miała wyglądać właśnie tak jak “Cylinder…” byłbym zadowolony. Po lekturze “Limes inferior” boję się, że “Cylinder…” był li tylko wyjątkiem od reguły. Och, być może dla ludzi wiele lat żyjących w ówczesnym systemie powieść taka jak ta, była aktem odwagi i próbą inteligencji dla cenzora, podśmiewającego się zapewne z niegroźnych pisarzy, dzisiaj jednak, dla mnie, jest dowodem nędznego obrazu polskiej fantastyki, w której po Lemie nie ma długo, długo nic (nawet jeśli to truizm powtarzany przy każdej okazji). Fanatycznym wyznawcom wielkości polskiej fantastyki socjologicznej polecam zaś genialne opowiadanie doskonałego obserwatora i krytyka rzeczywistości, Sławomira Mrożka. Kto może, niech sięgnie po “Ostatniego husarza”.






on 18/08/2007 at 13:07
Permalink
O, a kusiło mnie Limes:))
Ponieważ jednak tego typu rzeczy przejkadły mi się w III klasie LO, wiem, że po tę pozycję nie sięgnę. A przxynajmniej spada z listy priorytetów.
dziękować:D
on 18/08/2007 at 13:43
Permalink
Tym niemniej weź poprawkę na to, że jestem (skrajnie?) uprzedzony do takich zachowań i to się przenosi na moje oceny.
on 24/08/2007 at 14:23
Permalink
Podobne wrażenie miałam po “drugim czytaniu”. Zakończenie, nijaka postać Alicji, (anty)bohater, którego autor musi pchać przez fabułę. Lepiej mu wyszło “Prawo do powrotu” – o ile pamiętam, tam opowiada jakąś historię, a nie forsuje ideologię. Aga, mimo wszystko, sięgnęłabym po “Limes” w wolnej chwili
on 24/08/2007 at 21:31
Permalink
Mi się wydaje, że zakończenie najmniej sie właśnie zestarzało
on 31/08/2007 at 09:30
Permalink
Zgodzę się, że czytanie “Limes” jest silnie uzależnione od roku urodzenia czytacza. To faktycznie była rzecz, która niosła satysfakcję z poczucia wspólnoty – wspólnoty tych, którzy “zrozumieli”. Pewnie, że łatwo odczytać, i pewnie, że spójność akcji czy dopracowanie postaci spadło na dalsze pozycje. Powinno się na tę książkę spojrzeć raczej jako na swoistą krypto-publicystykę, głos “w sprawie” – ściśle społecznej sprawie, aktualnej w swoim czasie. I nie myślę, że podśmiewywanie się z odwagi autora, piszącego tak wtedy, jest na miejscu. To faktycznie wymagało odwagi.
Z innej strony, zgodzę się, że literacko nienajlepiej się prezentuje.
on 10/09/2007 at 22:07
Permalink
Ciekawe, że większość ludzi widzi w Limes opis przeszłości (górny Gierek). Bo ja dostrzegłem w nim przyszłość – już od pierwszych scen, z dziewczyną rozbierającą sie w zamian za zaproszenie na jacht. Różne powieściowe artefakty to też przyszłość, i to nieodległa – biometryczny dowód osobisty, automaty do sprzedaży prawie wszystkiego, parodia pornosklepu, egalitarne uczelnie, testy kompetencyjne… wiecej nie pamiętam.
Zakończenie wydaje mi sie raczej bajkowe niż kiczowate… a raczej wizjonerskie, jak sen. Zresztą cała postać Alicji jest jakby “z innego świata” – spoza Ziemi? Może to nie tak miało być, może to ludzie, ci “genialni” nadzerowcy sknocili zadany im system? A poza tym – czy w 1977 r. była jakiś inna nadzieja na wyjście z socjalizmu?
on 10/09/2007 at 22:15
Permalink
A Mrożek do fantastyki socjologicznej (to nie tylko Zajdel, to także Oramus, Wnuk-Lipiński, częściowo nawet Lem) ma sie jak lampa do śledzia.
on 10/09/2007 at 22:19
Permalink
KociS, przeczytaj sobie to opowiadanie Mrożka, a wtedy zrozumiesz do czego się ta uwaga odnosiła.
on 11/09/2007 at 20:47
Permalink
Przeczytałem, przeczytałem. I dlatego pare minut szukałem właściwego porównania
on 30/09/2007 at 22:46
Permalink
Niestety, dużo zależy od momentu, kiedy się to czyta. Czytałam Limes wieki temu, było to pierwsze wydanie, świeżutkie, pachnące farbą . Wówczas, w tamtym czasie to było rodzajem objawienia, porozumienia z pisarzem na tych innych, a teraz … prawdopodobnie byłoby nudne, nieporównywalne z tym co ostatnio czytam – na minus .
on 25/08/2008 at 23:52
Permalink
Jedna z najlepszych polskich powieści SF. Mimo że czytałem ją (wielokrotnie) jakieś dwadzieścia lat temu, kupiłem ją w jakimś chodnikowym straganie jak tylko miałem okazję. POLECAM – mimo że warsztat literacki jest nieco archaiczny, to duże brawa za oryginalność – to nie jakieś tam popłuczyny po Asimowie, które można wyczuć w przeważającej części “reszty” polskich, tamtejszych pozycji…
on 17/11/2008 at 17:03
Permalink
Nie zgodzę się z Tobą. Takie moje prawo. Książka owszem zestarzała się pod względem formy (no nie była to literatura najwyższego lotu) ale treść robi się aktualniejsza z miesiąca na miesiąc. I bynajmniej nie PRL opisywał Zajdel, tylko, mityczny wówczas dla nas, Zachód.
Zauważyłeś tylko dwie rzeczy – klucz i studia dla każdego. Ale o wiele ważniejsze jest przekształcenie społeczeństwa organicznego w społeczeństwo mechaniczne. W Limes mamy do czynienia ze zbiorem jednostek. Wszelkie naturalne więzy społeczne rozpadły się (a ściślej mówiąc zostały celowo zniszczone).
Kluczowa jest scena, w której tłumaczona jest metoda “na żywca” (58 w moim wydaniu). To jest kwintesencja powieści. I taki właśnie świat (singli) zaczyna nas otaczać.
on 21/10/2009 at 14:47
Permalink
ta książka nie zestarzała się ani o siwy włos, powiedziałbym, że jest nawet bardziej aktualna niż wtedy gdy się ukazała
on 18/01/2010 at 03:54
Permalink
No coz…wlasnie czytam (1 raz) to sztandarowe dzielo Zajdla i trudno sie nie zgodzic, ze warstwa literacka traci myszka, ale pamietajmy, ze to nie rok 1982, choc autor zaczal ksiazke pisac troche wczesniej, a rok 2010-widzice roznice?…, watpie, zeby Janusz Zajdel mial jakikolwiek obraz i pojecie o dzisiejszej Polsce, ksiazka powstala w naprawde trudnych i smutnych czasach, jestem roczik 77, wiec moge juz w tym temacie cos powiedziec, wiem jak owczas sie zylo, a jak zyli ludzie na zachodzie, bo tam bylem ( dawne RFN, SZWECJA), ktos kto czyta Limes Inferior teraz, nie zrozumie tej ksazki i tego co ona wtedy wyrazala, mysle tutaj o pokoleniu konca lat 80-tych i pozniej, otoczony zewszad wszelakiej masci elektronika i wszelkimi innymi dobrami z calego swiata, ktore moze doslownie miec na wyciagniecie reki, zyjacy w wolnym i suwerennym kraju, bez zomo, kartek zywnosciowych, niebieskiej benzyny, 3 programow TVP, braku wszystkiego, pewexow i zerowych widokow na wyjazd na prawdziwy zachod, nie zrozumie tej ksiazki, mimo, ze opisuje ona swiat, ktory i dla nas dzisaj robi wrazenie, zeby docenic proze Zajdla i jemu podobnych, trzeba bylo zyc w tamtych czasach i zmagac sie z ta niebywale absurdalna i szara (nie)rzeczywistoscia, Zajdel byl fizykiem, nie prof. literatury na UW, zafascynowanym pewnie swiatem owczesnej techniki, ktorej szczytem byly przeurocze “kalkulatorki” marki Commodore, Spectrum, Atari, Amstrad, Timex itd., a dostac cos takiego, o ile sie mialo do wydania rownowartosc klku miesiecznych wyplat, bylo niezmiernie trudno, z racji zwyczajowego braku tego asortymentu, pozostawaly nam gieldy czy Pewex (dewizy), nie dziwmy sie wiec, ze swiat w Limes…, mimo, ze wciaz futurystyczny, ale juz nie tak, jak 30 lat temu, jest na dzisiejsze standardy archaiczny i jedyna analogie jaka
widze, to osobiste identyfikatory czyli owe wielofunkcyjne klucze, podobne do dzisiejszych kart magnetycznych wszelakiej masci jak karty bankomatowe, czy elektroniczne terminale, ktore juz dzialaja w wielu kluczowych instytucjach i nie tylko, nie wspominajac o banalnych automatach z napojami i jedzeniem, ale na to Zajdel musialby czekac gdyby jeszcze zyl, dluugie, dluugie lata…, Limes Inferior jest klasycznym odbiciem tamtych czasow, gdzie dobre piwo to nie Tyskie czy Warka, ale dewizowy Pilsner w tak charakterystycznej puszcze z logo okretu zaglowego, czy tzw. towary importowane, o ktorych statystyczny Kowalski z PRL-u nie mial bladego pojecia, mistyczny zachod to Argoland, choc gleboko przesycony mentalnoscia realnego socjalizmu, mimo, ze styl literacki prosty i przewidywalny, a postacie bardziej przypominaja prlowskiego sasiada z bloku z wielkiej plyty, to trzeba docenic niebanalna i oryginalna historie, jaka cechuje Limes Inferior, a przede wszystkim poczuc pragnienia i marzenia autora za tym krajem, jakie znamy dzis…
on 15/03/2010 at 16:24
Permalink
“Limes Inferior” należy do moich ulubionych książek. Pewnie dlatego, że w roku 1979 miałem 10 lat. Czytałem wtedy bardzo dużo, nie pamiętam kiedy przeczytałem LI po raz pierwszy, ale na pewno dla młodego człowieka ciekawsza była w tej książce technologia niż socjologia (klucze itp.).
Teraz patrzę na te książkę zupełnie inaczej. “My” i “oni” – to podstawowa teza w tej książce. Myślimy, że o czymś decydujemy, cos osiągamy – a jest to tylko to, na co inni nam pozwalają. Obojetnie, czy w PRL czy we współczesnym świecie, gdzie mniej niż 10% ludzkości posiada ponad 90% kapitału – są “my” – sterowalni, mało wymagający i “oni” – sterujący (albo tylko ustalajacy reguły).
Obawiam sie, że z każdym rokiem “rozwoju” naszego społeczeństwa – będziemy bliżej obrazu przedstawionego w LI. Możemy oczywiście liczyć na dostanie się do grupy nadzerowców, ale to przecież tylko fikcja literacka…
on 08/01/2012 at 15:07
Permalink
Zakończenie rozczarowuje, to fakt, ale sama koncepcja świata jest aktualna jak nigdy: sztuczne (ogłupiające?) dodatki do jedzenia, dopłaty (dla rolników) za wstrzymanie się od pracy, setki, tysiące bezsensownych bezpłatnych szkoleń, znakomita większość społeczeństwa z dyplomem ukończenia studiów wyższych (jak to się ma do szeroko pojętej mądrości społeczeństwa?)
Dziś rolę obcej i wrogiej cywilizacji zajęli obcy i wrodzy finansiści i spekulanci.