“Góra Trzech Szkieletów”, Artur Baniewicz
Kilkanaście lat temu, kiedy nastał nowy ustrój polityczny, nasz rynek książki zalały wydawane w setkach tysięcy egzemplarzy powieści sensacyjne z Zachodu. Wśród tej powodzi tytułów były książki naprawdę bardzo dobre, ale większość to była jednak tandeta, która miała dla Polaków jedną zaletę – obco brzmiące nazwisko autora. Minęło kilkanaście lat i zaczęli pojawiać się rodzimi autorzy, których kryminały i sensacje wcale nie ustępują tym z importu. Baniewicz daje nadzieję, że stanie się jednym z nich.

Powieść zaczyna się jakoś nieszczególnie, a na domiar złego zbyt przypominała mi coś, co już kiedyś czytałem, no i główny bohater też nie wnosi nic nowego. Ot, kolejny przegrany facet topiący swoje smutki w dużych dawkach płynu powszechnie uważanego za szkodliwy, kilka lat wcześniej niesprawiedliwie potraktowany przez przełożonych. Marcin Małkosz, eks-saper, a obecnie ochroniarz i detektyw, trafia na klientkę nieśmierdzącą groszem, a na dodatek namawiającą go na wyprawę do leczącej rany po wojnie domowej Bośni. Nie mając wiele do stracenia zgadza się pomóc dotkniętej amnezją urokliwej Bośniaczce. Brzmi strasznie sztampowo i na dobrą sprawę tak w dużej mierze jest, ale nie należy się przerażać.
Baniewicz usilnie stara się dorównać Chandlerowi w produkowaniu charakterystycznych grypsów, na całe szczęście ta przypadłość dotyka tylko początku książki, gdzie ich nagromadzenie jest rzeczywiście nieznośne. Nie znaczy to bynajmniej, że autorowi one nie wychodzą, bo tu akurat pozytywnie mnie zaskoczył, tylko to nie może być tak, że każdy dialog bezwzględnie musi powstać na modłę chandlerowską.
Trochę rozczarowuje konstrukcja intrygi, a dokładniej tajemnica tożsamości zleceniodawczyni Małkosza, Bośniaczki Jovanki. Około setnej strony, czyli mniej więcej w jednej trzeciej całej powieści jest już w zasadzie jasne kim ona jest, z drugiej jednak strony, dla równowagi dodam, że zapowiadana na okładce wielka afera z udziałem wysokich oficerów wojska i polskich polityków, nie brzmi tak dramatycznie i muszę przyznać, że jej ostateczny charakter pozytywnie mnie zaskakuje.
Trochę zachwiane są być może w mojej opinii o książce, proporcje między plusami a minusami kryminału i choć przyznam, że nie jest to doskonała lektura, to czytało się ją jednak przyjemnie i nabrałem ochoty na kolejne dokonania autora w tym gatunku. Koniec końców, myślę że warto po “Górę Trzech Szkieletów” sięgnąć.





In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: sensacja

on 23/07/2007 at 23:47
Permalink
hej, przepraszam, ale czy to ten sam Artur Baniewicz, co popełnił “Smoczy pazur”? Ciekawe by to było, bo “pazur” (i zdaje się jakieś następstwa) to opowiastki raczej fantasy, utrzymane w stylu jakby, hm, bo ja wiem.. pratchettowskim? (lub: aspirującym?). W każdym razie – wszystko, tylko nie powaga i patos. Fajne.
on 24/07/2007 at 07:15
Permalink
Dokładnie, to ten sam Baniewicz. Ale ostatnio to pisywał chyba głównie kryminały.
on 31/07/2007 at 17:02
Permalink
A czytałeś może “Smoczy pazur”? Bo jeśli tak, ciekawiłaby mnie twoja opinia.
on 31/07/2007 at 17:53
Permalink
No niestety nic ci nie powiem. Ale prawdę powiedziawszy, sam okładkowy blurb mnie zniechęcał, bo treść wyglądała trochę prostacko.
on 22/08/2007 at 13:33
Permalink
Treść jest prostacka ;> “Smoczy pazur” to masakra jakaś. Nie przebrnęłam przez pierwszy tom… Próba rżnięcia z Sapkowskiego, strasznie nieudolna.
on 31/08/2007 at 09:22
Permalink
O, ciekawe, bo mnie się wydało zabawne. I wcale nie kojarzyło się z Sapkowskim – może dlatego, że go nie czytuję
Odbieram te opowiastki raczej jako luźne krotochwilki z zacięciem humorystycznym i nutką romantyzmu. Bardzo lekkie, dobre na nudne popołudnie.