“Black Man” (“Trzynastka”), Richard Morgan
Mam nadzieję, że to nie będzie rozczarowanie roku, ale trochę się tego jednak obawiam. Co ciekawe, entuzjastyczne recenzje z Zachodu nie pokrywają się niemal zupełnie z moimi odczuciami, ale nie pierwszy raz okazuje się, że mój gust jest niekompatybilny z innymi. “Black Man” (“Trzynastka”) poważnie naruszył moje zaufanie do twórczości Morgana, którego uwielbiałem za trylogię o Takeshim Kovacsu. W moim przekonaniu w najnowszej powieści Morgan nie pokazał niczego nowego, a zupełnie zatracił dynamizm i pewną nieprzewidywalność, którą według mnie ukazywał w książkach o byłym Emisariuszu.

Minęlo sto lat i w 2107 roku, ludzkość skolonizowała Marsa, który stał się źródłem wielu nowych technologii.[1] Tymczasem jednak na Ziemi, Stany Zjednoczone ulegają rozpadowi na trzy osobne państwa: Pacific Rim[2], Unię Północnoatlantycką, zabarwioną bardzo liberalnie i współpracującą z Unią Europejską oraz położoną na południe lub też pomiędzy nimi, Republikę, ultraprawicowy obszar pełen typowych dla amerykańskiego Południa kaznodziejów, żarliwie wyznawanej wiary w jej najskrajniejszej postaci i gęsiej skórki wywoływanej samą myślą o darwinizmie. Po dawnej potędze USA nie zostało wiele śladów, a głównymi rozgrywającymi na światowej scenie są Unia Europejska i Chiny, które wreszcie uzyskały status supermocarstwa. Kilkanaście lat wcześniej, przez glob przetoczyła się fala prześladowań związana z obawami ludzkości o rezultat coraz powszechniejszych modyfikacji genetycznych dokonywanych na ludziach. W ich wyniku powstało kilka nowych linii genetycznych, z których chyba najpopularniejszymi były bonobo, epatujące seksualnością kobiety i tzw. wariant trzynasty, mężczyźni dominujący, nowa rasa superwojowników.
Tytułowy Black Man, to właśnie jeden z nich, a dodatkowo jeden z tych, którzy otrzymali prawo do poruszania się na wolności na naszej planecie, jednak ceną tego jest zawód profesjonalnego łowcy jego pobratymców, tych którzy nie zostali internowani lub nie wybrali życia na wolności na Marsie. Brzmi jak powtórka z rozrywki, prawda? Na całe szczęście Morgan trochę go zmodyfikował, przede wszystkim w warstwie wizji świata i zamieszkujących go ludzi. I to tak naprawdę jest największa zaleta tej książki. Carl Marsalis, główny bohater, mężczyzna dominujący stworzony i wyhodowany na kształt podobnych mu osobników wymordowanych przed dziesiątkami tysięcy lat musi z jednej strony znosić niechęć społeczeństwa do jego genów, a z drugiej strony, wskutek zaniedbań/niechęci dotychczasowego pracodawcy, walczyć o życie w więzieniu na terenie rasistowskiego Południa. Na całe szczęście zwraca się do niego po pomoc Inicjatywa Kolonialna, prywatny konglomerat kolonizujący Marsa, a jego zadaniem będzie odnalezienie i zneutralizowanie szalejącego mordercy, wariantu trzynaście, który przybył z Marsa na Ziemię.
Z jednej strony świetnym pomysłem jest stworzenie superwojowników w oparciu o charakterystykę genetyczną i psychologiczną dominujących mężczyzn wymordowanych w czasach plemiennych przez zazdrosnych o władzę przywódców, a z drugiej strony, jest pewien urok w morganowskiej wizji Stanów Zjednoczonych rozdartych wzdłuż tzw. pasa biblijnego. Zacofana, rasistowska Republika, chronicznie cierpiąca z powodu swoich wad i odrzucania postępu w imię Wiary, to wręcz modelowy przykład tego do czego prowadzi skrajny irracjonalizm, czyli ni mniej ni więcej, ciemnogrodu. Przyznaję, że o ile z mojej perspektywy taka wizja wygląda atrakcyjnie, to jest jednak mało prawdopodobna w rzczywistości, a przez Morgana została celowo przejaskrawiona po to, by uwypuklić problem uprzedzeń funkcjonujących w naszym świecie. W trylogii o Kovacsu głównym motywem była sącząca się gdzieś zza kadru tajemnica Marsjan i jej wpływ na życie ludzkości (choć książki oparte były głównie o akcję), natomiast “Black Man” bardziej kładzie nacisk na otoczkę socjologiczną niż na akcję, co zresztą według mnie końcowemu efektowi nie służy.
Nie służy dlatego, że Morgan zatrzymał się trochę w pół drogi i wykorzystując koncepcję podziału Stanów Zjednoczonych w oparciu o tzw. mapę Jezuslandu całość posunął do niezwykle mało prawdopodobnej skrajności. Odbyło się to trochę kosztem akcji i intrygi, a należy pamiętać, że “Black Man” to przecież thriller, zatem nawet jeśli w otoczce science fiction, powinien kłaść nacisk na typowe dla tego gatunku elementy. A tu niestety nie jest różowo i przynajmniej z mojego punktu widzenia, stanowi krok wstecz w stosunku do Kovacsa. Jak na thriller jest katastrofalnie wręcz nudny, kilka wątków prowadzi nawet donikąd i w zasadzie jest to już zarzut dyskwalifikujący. Akcja toczy się do przodu w tempie wyjątkowo starego żółwia, a kiedy wydaje się (po około 3/4 książki – sic!), że nareszcie ruszy do przodu, dynamizm jest chwilowy i końcówka jest daleka od doskonałości. Na domiar złego, taki global conspiracy thriller w wykonaniu Morgana jest tak kiczowaty i typowy, że kiedy wreszcie spisek zostaje ujawniony, przyprawił mnie o zgrzytanie i ból zębów. No i jakby tego było jeszcze mało, przy ciągle powtarzanej odrębności i specyfice genetycznej wariantu trzynastego oraz akcentowanym całkowitym braku zdolności do empatii, postępowanie Marsalisa stoi w całkowitej sprzeczności z tak zaprezentowanym i ukształtowanym profilem psychologicznym głównego bohatera.
Podsumowując, “Black Man” (“Trzynastka”) to zdecydowanie krok wstecz w dorobku Morgana i choć podejmowaną tematyką mógłby stanowić przyczynek może nawet do szerszej dyskusji na tematy społeczne, to wady książki sprawiają, że jest to zaledwie jedna z wielu pozycji, które w moim przekonaniu można, ale niekoniecznie trzeba przeczytać.





- jak w trylogii marsjańskiej Robinsona [↩]
- choć można by je nazwać po prostu Wybrzeżem Pacyfiku kiedy na rynek trafi polskie wydanie, otrzyma pewnie inne brzmienie. [↩]
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: Morgan

on 08/06/2007 at 13:46
Permalink
Cóż, podobne uczucia miałem już przy trzecim tomie Kovacsa – znużenie twórczością Morgana, który potrafi pisać genialnie, o ile mu się tylko chce (albo wyjdzie). “Siły rynku” też mi nie podeszły, może dlatego, że nie przepadam za motoryzacją a to na niej oparta jest cala fabuła tamtego dzieła. Mimo nieprzychylnej recenzji z pewnością kupię Black Mana gdy tylko zostanie przetłumaczona na polski język.
on 07/11/2007 at 13:10
Permalink
Czytam nie tylko SF i gdy 2 lata temu nabyłem Morgana “Modyfikowany Węgiel”, namówił mnie właściciel księgarni “Saska” przy ul Ptasiej, pomyślałem, no nareszcie ktoś na miarę Lema!
W sposób mistrzowski nadaje wymyślonym światom realności niemal dokumentalnej. Wszystkie jego książki (ostatniej nie czytałem) wywołują we mnie odczucie istnienia świata poza obszarem opisywanym co jest charakterystyczne dla Lema i Borges’a. Jestem pełen podziwu dla pomysłowości autora oraz umiejętności w dozowaniu techniki marsjańskiej – to niesłychanie pobudza wyobraźnię.
Nie doznałem uczucia znużenia podczas lektury 3 tomów z Kovacs’em w roli głównej, a nawet nie potrafię powiedzieć która z książek jest najlepsza.
“Siły rynku” w których autor epatuje podrasowanymi samochodami, na początku lektury nieco irytują, ale potem przywiązanie do bohatera i rewelacyjny obraz powiązań i zależności w świecie biznesu ze znakomitym pomysłem legalizacji działań gangstersko-mafijnych, czyli tego co powszechne a nielegalne w naszym świecie, przekonują do książki stawiając ją ponad resztą jego dzieł.