“Rio Anaconda”, Wojciech Cejrowski
Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że będę się zaczytywał książkami Wojciecha Cejrowskiego, to bym go wyśmiał i pogonił. A tymczasem, już po pierwszych trzydziestu, może czterdziestu stronach “Rio Anacondy” totalnie wsiąkłem. To niewiarygodne, ale mój skrajnie negatywny stosunek do autora, zupełnie nie przełożył się na odbiór książki, a ta jest po prostu bardzo dobra.

Jest kilka rzeczy, które mnie bardzo uderzyły w trakcie czytania. Po pierwsze autor. Pamiętając w jaki sposób prezentował swoje, dla mnie przynajmniej, skrajne poglądy, trochę się obawiałem jak będzie wyglądała relacja z jego wyprawy do środka amazońskiej dżungli. A tu niespodzianka – Cejrowski okazuje się być całkowicie tolerancyjnym facetem. Dzicy przez duże “D” w jego książce w żadnym wypadku nie są dowodem na, wyrażaną wobec mieszkańców amazońskiej dżungli, pogardę, ale raczej dowód naszej (przedstawicieli tzw. cywilizacji) ignorancji i głupoty. Dziki dla Cejrowskiego, chyba w przeciwieństwie do sporej części tzw. cywilizowanego społeczeństwa, to osoba zasługująca na ogromny szacunek.
Druga sprawa, niesamowite gawędziarstwo. Próbkę mamy w telewizyjnych programach podróżniczych z jego udziałem, a książka jest w dużej mierze jakby zapisem jego wypowiedzi, często przetykanym zwrotami typowymi raczej dla wypowiedzi ustnej, jak choćby “coś tam cośtam. Posłuchajcie…”, co momentami wywołuje wrażenie jakbyśmy Cejrowskiego raczej słuchali a nie czytali. Może nie do końca jest to taki reportaż jakiego bym oczekiwał lub się spodziewał, bo autor często zdawał się nadmiernie popuszczać wodze fantazji, zwłaszcza relacjonując swoje rozmowy z szamanem plemienia Carapana, lojalnie jednak o tym uprzedzał. Jednakże w zamian za to, dostarczał satysfakcjonującej rozrywki i w ciekawy sposób tłumaczył wierzenia i przekonania Indian ze środka amazońskiej dżungli. Odkrywał świat ich wierzeń, sposób rozumowania i chociaż w niewielkim stopniu przybliżał te niemal zupełnie nam nieznane społeczeństwa.
Momentami te, w moim przekonaniu dozwolone i usprawiedliwione, konfabulacje, wespół z innymi zagrywkami, jak choćby “dialogi” w przypisach, ocierały się o cepeliadę, ale jednocześnie niosły ze sobą wystarczająco duży walor poznawczy, żeby przejść nad tym do porządku dziennego, no i miały w sobie jakąś dziwną, ukrytą moc, dzięki której i mnie udzielał się szacunek do Dzikich.
Biorąc pod uwagę, że “Rio Anacondę” zapamiętam z sympatią, zapewne niedługo sięgnę po “Gringo wśród dzikich”.





In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: reportaż

on 29/05/2007 at 09:19
Permalink
O, muszę to sobie sprawić. Programy Cejrowskiego w TV (niestety nadawane o nieboskiej dla białego człowieka porze, bo w niedzielę rano) oglądam, gdy tylko mogę i zawsze jest to fun (jak ostatnio o korkach – pół godziny o KORKACH do wina,a oglądało się, jak Szklaną Pułapkę
) a i o jego książkach czytałem sporo dobrego już. Nowy Tony Halik? A daj boże.
on 04/06/2007 at 08:55
Permalink
Miałam praktycznie identyczne obiekcje przed lekturą i wrażenia po lekturze. Ostatnio dając “Gringo…” w prezencie przyjaciółce powiedziałam: “Myślałam, że tego faceta nie lubię, ale jego książki podróżnicze lubię. Czyli wychodzi na to, że lubię, jak go nie ma w kraju, co jest nawet całkiem spójne.”
on 29/05/2008 at 15:23
Permalink
Zarówno poglądy polityczno-społeczne, jak i zainteresowania itp są bardzo zbliżone do moich. Sam, mam identyczne poglądy jak Cejrowski zarówno w stosunku do Dzikich Plemion, gdzie przez prawie 3 lata spędziłem na misjach świeckich. Książka mi się bardzo podoba, chociaż ja czekam na Puerto Vagabundo. Książki polecam wszystkie (wszystkie przeczytałem i mam je w domu) ale są problemy z dostaniem tych starszych, ja książki posiadam bezpośrednio od kolegi Cejrowskiego. Oprócz Cejrowskiego polecam także Pawlikowską, ale jej humor jest tylko miniaturą przekazu WC.
Pozdrawiam Kuba Szkocki !!!