“Patron”, Grzegorz Gortat
Pamiętam rok 2003 w którym książka została opublikowana, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby narobiła szumu i w zasadzie nie powinno to dziwić, dziwi natomiast to, że praktycznie w ogóle przeszła bez echa. A szkoda, bo chociaż nie jest przesadnie odkrywcza, stanowi kawałek solidnie napisanej i interesującej prozy o tematyce podejmowanej już wielokrotnie przez Wielkich.

Trzeba przyznać, że autor wykazał całkiem sporą odwagę, bo temat kusiciela Mefistofelesa zajmował już, nie da się ukryć, prawdziwie wielkich autorów i chociaż może nie da się powiedzieć, że Gortat wychodzi z tej “konfrontacji” zwycięsko, to zdecydowanie nie ma się czego wstydzić. Powstał taki nasz swojski odpowiednik “Fausta”, gdzie rozterkom duchowym poddany jest młody warszawski dziennikarz, a jednocześnie początkujący pisarz, Julian Rotas. Nieszczęście Rotasa polega na tym, iż wszystkie wydawnictwa zwracają mu jego debiutancką powieść, nie widząc w niej nic wartego publikacji. Los odwraca się w momencie, gdy Julian poznaje doskonale ustosunkowanego mecenasa sztuki, Henryka Stockenhausena. I kiedy już staje się jasne jaka jest jego prawdziwa tożsamość, pojawia się nieodłączne pytanie o cenę jaką przyjdzie Rotasowi zapłacić. Ale może Sztuka jest tego warta? W końcu wybierając pakt z diabłem, opowiadamy się za postępem.
Polskie realia niewątpliwie przyciągają, ale gdyby nie były (solidnie) wsparte świetnym warsztatem i bardzo dobrym wyczuciem językowym, przyjemność z lektury nie byłaby taka duża. Bo Grzegorzowi Gortatowi wyszła książka napisana po prostu czytelnym, ale nie prostackim językiem, na dodatek pełnym dyskretnego, ale nie banalnego humoru, z dobrze skonstruowanymi dialogami, urzekającymi argumentami diabła, no i jego sympatycznym pomagierem. Któż na miejscu Rotasa by się oparł cudownie pokrętnej i kuszącej argumentacji Stockehausena? Jest tutaj jeden cały rozdział, w którym Mefisto rzuca na szalę całą swoją przewrotną mowę i czyta się go z niesłabnącym zainteresowaniem, choć sprawia wrażenie jakby był powtórką, albo przynajmniej twórczym przepisaniem tego, co w usta diabła włożyli już inni poeci i pisarze.
Być może nie jest to najoryginalniejsza lektura, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w dużej mierze powtarza argumenty podnoszone przez innych, ale jej podstawową zaletą jest przystępność, współczesność i naprawdę co najmniej solidny warsztat autora. Wszystko to sprawia, że czyta się ją gładko i z dużą swobodą. A jeśli dla kogoś to może być argumentem, wala się ostatnio za grosze po tanich książkach…
Mnie w każdym bądź razie zapewniła półtora wieczoru przyjemnej rozrywki.





Zobacz także:

Zostaw komentarz