“Playback”, Raymond Chandler
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że “Playback” mistrza czarnego kryminału, jest najsłabszą książką o perypetiach mojego ulubionego detektywa, ale i tak Chandlera (i jego Marlowa oraz wszystkie jego pochodne) uwielbiam. Nie za intrygi, bo te są słabe, ale za przygnębiający klimat Los Angeles, za zgorzkniałego detektywa i jego niedościgłe grypsy.

Marlowe dzięki swojej wyrazistości, uczciwości, momentami graniczącej wręcz z naiwnością, nieustępliwości i nieugiętym wewnętrznym zasadom stał się archetypem prywatnego detektywa, powielanym w dziesiątkach, a może i setkach powieści innych autorów. I za ten jego dziecinny romantyzm przykryty wyrafinowanym cynizmem, jak miliony innych miłośników czarnego kryminału, kocham go bezgraniczną miłością czytelnika. Cudowny talent Chandlera do tworzenia kapitalnych grypsów, po których można z daleka poznać jego twórczość dla wielu autorów stał się wzorem, w oparciu o który starają się tworzyć własne teksty. I nic dziwnego.
Wytrząsnąłem papierosa z pudełka i próbowałem podnieść kciukiem zamknięcie swojej kowbojskiej zapalniczki Zippo, naciskając jednocześnie kółko. Powinno się to robić jedną ręką. Jest to wykonalne ale dość kłopotliwe. Udało mi się w końcu i przypaliłem papierosa, ziewnąłem i wypuściłem dym nosem.
- A co pan robi na bis? – zapytała.
Jak wspomniałem, intryga nie jest najmocniejszą stroną Chandlera, ale nie po to czytam jego książki. Hipnotycznie przyciąga mnie postać Marlowe’a i choćbym nie wiem ile razy wracał do tego samego tekstu (a “Playback” czytałem już wcześniej pewnie ze dwa razy), zawsze będę z lektury czerpał przyjemność.
Potem odchyliła się do tyłu i posłała mi miażdżące spojrzenie.
- Mam przyjaciół, którzy mogliby cię tak przykroić, że musiałbyś wchodzić na drabinę, żeby włożyć buty.
- Ktoś musiał się bardzo napracować nad tym tekstem – powiedziałem. – Ale ciężka praca nie zastąpi talentu.
Może gdyby “Playback” nie był ostatnią książką Chandlera, kierunek jaki nadał Marlowowi, pokazałby jakie były prawdziwe zamierzenia autora, ale detektyw w tej książce pozostając cynicznym romantykiem zmierza ostatecznie na ostatnich stronach w swoją własną karykaturę. Takie jest moje odczucie, ale po prostu zakochany Marlowe z namacalną miłością jest nierzeczywisty, bo przyzwyczaiłem się, że zawsze kończy sam, z kolejną butelką whisky i kolejnym gorzkim tekstem o płci pięknej.
Pachniała bardzo przyjemnie. O ile mogłem zauważyć, miała też parę nóg, na które patrzyło się bez bólu. Nosiła cienkie jak mgła pończochy. Przyglądałem się im chyba dość natrętnie, zwłaszcza gdy założyła nogę na nogę i wyciągnąwszy papierosa czekała na ogień.
- Christian Dior – rzuciła, bez trudu czytając w moich myślach. – Nigdy nie noszę nic innego. Proszę o ogień.
- Widzę, że dzisiaj ma pani na sobie o wiele więcej.
Żal, że liczba powieści o Marlowie jest skromna, ale nawet w takich, słabszych niż przeciętnie, książkach Chandlera jak “Playback”, talent autora lśni.
- Skąd u takiego bezwzględnego faceta tyle delikatności? – spytała z namysłem.
- Gdybym nie był bezwzględny, to już dawno bym nie żył. Gdybym nie potrafił być delikatny, nie zasługiwałbym na to, żeby żyć.





In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: kryminał

on 07/02/2007 at 09:58
Permalink
Życiowe i filozoficzne teksty
Marlowa to tylko w TV oglądałem i podobał mi się zawsze. Cynik z ironicznym podejściem do życia a zarazem, tak jak piszesz, ma w sobie niezłomność zasad, której to niezłomności tak brakuje ostatnimi czasy. Łatwo się z nim utożsami każdy facet
Chyba w wolnej chwili (czyli gdzieś w przyszłym stuleciu) sięgnę po jakieś książki z tym bohaterem, przekonać się jak to jest być Prywatnym Detektywem.
on 21/02/2007 at 19:04
Permalink
Chandler to jednak klasa, nawet w swoich słabszych książkach. Miał swój własny styl, który wielu próbowało podrabiać z mniejszym lub większym powodzeniem. Nie to, co współcześni amerykańscy autorzy kryminałów – te kawałki są chyba produkowane spod sztancy, taśmowo; zero indywidualności. Europejczycy się jeszcze bronią, choćby Izzo, Mankell, Le Carre. Polecam: nie znajdziesz u nich chandlerowskich grepsów, ale ciekawe postaci, sugestywne opisy, nastrój i refleksje o życiu i świecie – owszem.
on 21/02/2007 at 20:17
Permalink
Po Izzo może sięgnę, ale Mankella mam dość po dwóch książkach. Za to odpowiada mi Ellroy, którego co prawda czytałem tylko “Amerykański spisek”, ale kolejna rzecz sobie czeka.
on 24/02/2007 at 15:52
Permalink
“Tajemnice Los Angeles” pewnie znasz z filmu. W zasadzie co do klimatu powieść jest taka sama. Powieść “Czarna Dahlia” jest nawet zauważalnie lepsza. Jeśli Chandler czy Hammett trafiają do Ciebie to jestem dziwnie spokojny, że inne powieści Ellroya Ci się spodobają, podobnie jak “Amerykański spisek”.
on 10/04/2007 at 14:35
Permalink
dla mnie chandler zawsze będzie niedoścignionym wzorem do naśladowania.Zarówno powieści z marlowem w roli głównej jak i opowiadania z innymi bohaterami są doskonałe.Chandleryzmy zawsze będą najlepsze.