“Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą”, Joel Bakan
Mało brakowało, a Bakan tą książką całkowicie zrujnowałby moją wiarę w wolny rynek. Czasem jest tak, że wierzy się osobie, która ma poglądy usytuowane na przeciwległym biegunie niż ja i w przypadku “Korporacji” tak (prawie) było. Prawie, bo do bólu celne argumenty Bakana jednak do mnie nie trafiają – w końcu wiara nie musi być oparta o racjonalne przesłanki, prawda?

Dlatego czytając książkę i przyjmując do wiadomości argumenty autora, ciągle buntowałem się przeciwko zaprezentowanemu przez niego obrazowi świata, w którym jednym z głównych czarnych charakterów jest korporacja. Przy czym, w tym wypadku nie chodzi tylko i wyłącznie o te największe z przedsiębiorstw, ale w ogóle o podmioty prowadzące działalność w formie spółki akcyjnej. Wartością tej książki jest to, że choć w duchu jest antyglobalistycznym oskarżeniem korporacji wyzyskujących wszelkie możliwe zasoby, to unika prostackiej retoryki charakterystycznej dla bandytów demolujących restauracje McDonaldsa. I prawdopodobnie dlatego tak dobrze oddziałuje na czytelników.
A zaczyna się z grubej rury, bo już na początku Bakan udowadnia, że “zasada
najlepszego interesu korporacji” jest jedną z podstaw prawa o korporacjach większości krajów. Co to oznacza? Ano ni mniej, ni więcej tylko to, że jakikolwiek menedżer związany przepisami prawnymi zobowiązany jest dbać o interes firmy i jej właścicieli, a nie otoczenia. Zatem jakikolwiek tzw. “interes społeczny” nie ma najmniejszego znaczenia i nie może być celem do którego dąży przedsiębiorstwo. Jeśli zarządzający odczuwa potrzebę niesienia pomocy robotnikom czy środowisku, może to robić wyłącznie prywatnie, na własny koszt. Jedynym odstępstwem od tej zasady jest maksymalizacja majątku akcjonariuszy przy pomocy takich pseudospołecznych zachowań, tzw. “biznesu społecznie odpowiedzialnego”, ale to zawsze sprowadzać się będzie do dbania o interes właścicieli. Co więcej, każdy współwłaściciel zirytowany nazbyt marnotrawnym, jego zdaniem, dysponowaniem majątku korporacji skarżąc zarządzającego do sądu, dzięki takiemu a nie innemu prawodawstwu, bez problemu wygra.
Zło w czystej postaci, prawda? Ale przecież to ludzie ludziom zgotowali ten los, a teraz nie bardzo wiedzą jak urwać łeb tej hydrze, tworowi o cechach żywcem odpowiadających psychopacie: troszczeniem się wyłącznie o własne interesy, brakiem odpowiedzialności, manipulowaniem wszystkimi, przejawianiem megalomanii, brakiem empatii i tendencjami aspołecznymi, a wreszcie odmową wzięcia odpowiedzialności za własne czyny. Ha! Jakby tego było mało, istnienie korporacji nieodłącznie wiąże się z atawistyczną potrzebą zagarniania jak największej ilości praw kosztem uprawnień kontrolnych państwa, przy jednoczesnym przerzucaniu na zewnątrz jak największych kosztów. Przyjmuje to skrajną, patologiczną postać analizy kosztów-korzyści przy podejmowaniu każdej decyzji. Jeśli zatem koszt przestrzegania prawa będzie wyższy niż kwota potencjalnych kar i prawdopodobieństwo ujawnienia nagannego zachowania, wybór korporacji padnie na to rozwiązanie, które w ostatecznym rozrachunku przyniesie większe zyski/mniejsze straty, ale jest dalekie od praworządnego. Czyż można się zatem dziwić, że takie podmioty jak General Motors przeliczają wartość życia ludzkiego na zyski ze źle skonstruowanych pojazdów? Bo jak powiada jeden z cytowanych przez Bakana pracowników jednej z niezliczonych korporacji: W nieszczęściu tkwi szansa. To zawsze sprzyja tworzeniu bogactwa”.
Być może to tylko mój brak oczytania, ale wydaje mi się, że brak w Polsce autorów, którzy przystępnym językiem potrafią pisać takie książki. Bo Bakan potrafi pisać w zaangażowany, ale daleki od zbyt uproszczonego moralizowania sposób. Z jednej strony to solidnie udokumentowane, dogłębnie spenetrowane wybryki korporacji, które wykształcony na Harvardzie prawnik potrafił wybadać, a z drugiej jakaś taka łatwość w formułowaniu myśli, momentami wręcz na poły gawędziarska, sprawiają, że to się po prostu czyta. Ale czytając, wciąż nie mogę się zgodzić z poglądami autora. Taka już moja liberalna natura, że nawet pobity celnymi przykładami Bakana, wciąż będę wierzył w samoregulujący mechanizm rynku i jego zdolność do tworzenia zrównoważonego rozwoju.





In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: esej

on 27/12/2006 at 21:33
Permalink
wow. musze kupic ta ksiazke! dzieki za swietną recencje
on 27/12/2006 at 22:02
Permalink
komuś, kto pisze o mc donaldsach per “restauracje”, faktycznie żadne argumenty nie pomogą.
bandyci w restauracji! pewnie tac nie odnoszą
jaka restauracja, tacy bandyci
on 27/12/2006 at 22:06
Permalink
Ha, uraziłem kogoś?
on 27/12/2006 at 22:20
Permalink
no chyba restauratorów, którzy nie każą gościom odnosić tacy po sobie
samoregulujący się mechanizm rynkowy właśnie rozregulował mechanizm językowy. pytanie, który z nich jest dla homo sapiens ważniejszy?
on 28/12/2006 at 11:18
Permalink
W zasadzie to mógłbym ubrać restauracje McDonaldsa w cudzysłów, ale ten jeden raz trochę ich dowartościuję.
on 02/01/2007 at 11:01
Permalink
To może być faktycznie ciekawa rzecz. Tyle, że jeden drobiazg – siódmy rok poznaję korporacje niejako “od wewnątrz” i ta hydra po bliższym przyjrzeniu się ma zaskakująco dużo plusów, jesli chodzi o globalne dopieszczanie pracowników itepe. A dla pracownika korporacji własnie to się liczy. Co niejako osładza wtłoczenie w wąskie rameczki i pracę “w czasie i przestrzeni” : “odtąd do siedemnastej”
Inna sprawa, że nie miałem watpliwej przyjemności pracy w “restauracji” McD. czy Kentucky Fucked Chicken.
on 30/05/2007 at 14:59
Permalink
[...] “Gangi Ameryki: Współczesne korporacje a demokracja”, Ted Nace Kiedy w księgarni zobaczyłem “Gangi Ameryki…” podejrzewałem, że to będzie bardzo dobre uzupełnienie do “Korporacji…” Bakana i chociaż samej książce Nace’a daleko do doskonałości, to rzeczywiście udanie wpisuje się w pewien niełatwy obraz dzisiejszego świata ekonomii. [...]