“Kocia kołyska”, Kurt Vonnegut

Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że pora wreszcie zacząć czytać te wszystkie książki z Kolekcji Gazety Wyborczej, które chyba ze dwa lata temu zebrałem. Nie lubię jak na półce stoją książki nieprzeczytane. Problem w tym, że czasem nie wszystko złoto co się świeci i czytanie czegoś tylko dlatego, że ktoś zadecydował o przypisaniu danej książki do “kanonu”, okazuje się pozbawione sensu.

I najkrócej mówiąc takie jest moje zdanie po skończeniu “Kociej kołyski”. A najgorsze jest chyba to, że z góry zakładam, iż pozostałe książki Vonneguta pisane są w podobnej manierze i od razu odechciewa mi się sięgania po kolejne.

W zasadzie nie odnalazłem w tej krótkiej powieści niczego, co by mi odpowiadało. Rok po kryzysie kubańskim Vonnegut opublikował książkę, będącą być może próbą rozliczenia się z obciążeniem psychicznym towarzyszącemu powszechnym obawom o możliwość wybuchu wojny totalnej, a na pewno będącą oskarżeniem natury ludzkiej, która w swym pędzie do wiedzy prowadzić może do zagłady. A jakby przy okazji, autor obiera na celownik religię oraz politykę, a w zasadzie ich kompilację, bo tak naprawdę czasem obie są nierozłączne.

Jak to w satyrze, wszystko jest przedstawione w krzywym zwierciadle, i choć zazwyczaj nic przeciw temu nie mam, to w tym wypadku zupełnie nie mogłem się zaangażować w lekturę. Ot, strony mocno pomykały do przodu, głównie dzięki sposobowi prowadzenia narracji (króciutkie “rozdziały”) i łatwemu językowi, ale jakoś to wszystko przewijało mi się przed oczami, a ja w żaden sposób nie czułem jakichkolwiek emocji. W pewnym momencie przyłapałem się na tym, że wzorem studenckich 4P (zakuć, zdać, zapić, zapomnieć), ja też chcę jak najszybciej dobrnąć do końca i przejść do czegoś innego, nie zaprzątając więcej uwagi “Kocią kołyską”.

Przez moment cieszyłem się koncepcją “bokononizmu”, opartej na łgarstwie i szczycącej się tym koncepcji religijnej, jedynym “opium dla mas” otwarcie przyznającym się do mydlenia swym wyznawcom oczu. Byłem nawet zdezorientowany prawdziwymi intencjami Vonneguta – czy bokononizm miał być ostrzem satyry wymierzonym we wszystkie religie, czy też autor, tworząc go, chciał zachęcić ludzi do większej współpracy z innymi. Aż wreszcie poirytowany uznałem, że absurdalność tej koncepcji była główną przyczyną mojej niechęci do książki.

Pech chciał, że to już drugie moje rozczarowanie przy Kolekcji Gazety Wyborczej, i po raz drugi satyra, która nie przypadła mi do gustu. Pech? Fatum?

I kiedy tak patrzę na pierwsze zdania tej notki, dochodzę do wniosku, że kierowanie się moją opinią przy decydowaniu, czy przeczytać “Kocią kołyskę”, czy też ją sobie odpuścić, pod żadnym pozorem nie powinno jednak następować pod wpływem mojego stwierdzenia o bezsensowności przypisania tej powieści do grupy lektur obowiązkowych. Jest na tyle specyficzna w swej absurdalności, że każdy musi ją ocenić samodzielnie.

**½


Zobacz także:

  • Lista zaległości – listopad
  • Spis książek
  • listopad 19, 2006 • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Komentarzy (6) to ““Kocia kołyska”, Kurt Vonnegut”

    1. random - listopad 22nd, 2006

      Muszę powiedzieć, że gdy wiele lat temu czytałem “Kocią kołyskę”, miałem dokładnie te same odczucia, powtórzyły się one zresztą przy “Śniadaniu mistrzów”. A jednak, ku mojemu zdziwieniu, z pewnej perspektywy czasowej polubiłem tę książkę i doceniłem. Bo choć nie sprawiała mi przyjemności podczas lektury (osobiście wolę rozbudowane fabuły, z przegadaną nawet narracją i ten lakoniczny styl i krótkie rozdziały nie pozwalały mi się cieszyć książką), to mam wrażenie, że zawiera kilka bardzo fajnych charakterystyk postaci, stereotypowych, ale nie tak odległych od prawdy. Dla przykładu, motyw naukowca, który bada żółwie i porzuca projektowanie broni, idealnie pasuje do wielu badaczy, dla których osobista przyjemność i satysfakcja intelektualna są ważniejsze niż świat zewnętrzny…

    2. Nita_Callahan - listopad 29th, 2006

      Zupełnie nie mogę się zgodzić, mnie “Kocia kołyska” zachwyca. :)

    3. Bruixa - grudzień 5th, 2006

      Vonnegut ma specyficzny styl, nie każdemu to odpowiada. Pierwszą jego książką, jaką przeczytałam było “Śniadanie Mistrzów”. Byłam wtedy b. młoda i z początku trudno mi było przestawić się na ten typ narracji. Chyba nie za wiele z niej wówczas zrozumiałam. Później doceniłam jego pisarstwo, przeczytałam z przyjemnością większość wydanych u nas książek. Myślę, że trudność w odbiorze polega m.in. na tym, że Vonnegut wyszydzając amerykański styl życia nie oszczędza opisywanych postaci. Czytelnik ma na ogół potrzebę identyfikowania się z bohaterem książki, a to niełatwe, gdy ma do czynienia z żałosną i śmieszną figurą. Poza tym realia są nam obce, a ukazane w karykaturze stają się jeszcze mniej zrozumiałe.

    4. erzet - kwiecień 7th, 2007

      Niedawno miałam okazję zetknąć się z pisarstwem Vonneguta. W ciągu paru dni przeczytałam “Kołyskę” i “Rzeźnię”. Obecnie pochłaniam “Hokus pokus” i jestem zachwycona stylem jego pisarstwa. Fantastyczny, czasem czarny humor, elementy groteski, które jak najbadziej mi odpowiadają. Po prostu majstersztyk.

    5. mandragor - sierpień 17th, 2007

      Tworczosc Vonneguta nie wysztkim przypadnie do gustu, to pewne.Trzeba miec poczucie humoru jak Vonnegut, zeby rozumiec jego ksiazki.Sa ludzie, ktorych smieszy , jak gruba kobieta przewroci sie w kaluzy i tacy, ktorych smieszy….

    6. Agnieszka - luty 24th, 2009

      Hej :) Ja uwielbiam Vonneguta – to mój Mistrz; mistrz czarnego humoru, groteski, absurdu, ludzkiej głupoty, kruchości i zarazem bezradności. Czytam go zazwyczaj, gdy chcę złapać odrobinę dystansu do samej siebie, społeczeństwa, różnych teorii próbujących ująć życie w ramy. Lubię w Kurcie V. ironię, jaką potrafił okazać nawet w odniesieniu do własnej narracji. Niech spoczywa w pokoju. Przy okazji chciałabym pozdrowić Was, mole książkowe, także tych, którzy nie lubią mojego Mistrza. Cieszę się, że wciąż istniejecie. I tym wzniosłym akcentem zakończę mój przydługi komentarz. Pa!

    Zostaw komentarz