“Morderca bez twarzy”, Henning Mankell

Nie ulega wątpliwości, że to moje ostatnie spotkanie z “kryminałami” Mankella, bo na więcej po prostu szkoda mi czasu. “Morderca bez twarzy” nie jest książką złą, ale wyjątkowo mi po prostu twórczość Mankella nie podchodzi. Uważam, że jako kryminał “Morderca…” jest zły, a o zaklasyfikowaniu go do takiej grupy, zadecydowały jedynie strzępy tego co można znaleźć w klasycznych pozycjach tego gatunku, Mankell zaś wykazuje pretensje do pisania czegoś więcej niż tylko kryminalna rozrywka.

Morderca bez twarzy

Tyle, że to akurat nie to, czego chciałem. Podobnie jak przy “Piątej kobiecie” liczyłem na dobry, klasyczny kryminał, może z odrobiną dygresji. Tymczasem po raz kolejny dostałem powieść socjologiczną, tyle że tym razem znudziło mnie to jeszcze bardziej.

Muszę jednak przyznać, że sama sprawa morderstwa jest rozegrana mądrzej niż w “Piątej kobiecie”. O ile tam od początku było jasne kto zabija, a nawet kogo zabije następnego, to teraz nie wiadomo ani kto jest poszukiwanym, ani dlaczego zamordował i trzeba oddać Mankellowi, że to żmudne i nudne śledztwo, jakich pewnie tysiące toczy się każdego dnia, doprowadza do odkrycia sprawców.

Cóż z tego jednak, skoro znowu natknąłem się na, ciężką do pokonania, barierę, którą była cała otoczka “kryminału”. Bo w “Mordercy bez twarzy” Wallander jest co prawda młodszy, ale problemów osobistych ma nie mniej – właśnie się rozwiódł, z córką prawie nie ma kontaktu, a pochodzenie jej chłopaka jest chyba dla niego lekkim szokiem, ojciec jest tak samo nieprzystepny, a wręcz mu niechętny jak zawsze, awanse czynione nowej koleżance w pracy rozbijają się o mur obojętności (no, przynajmniej na początku), a na dodatek jeszcze ma lekki problem z nadużywaniem alkoholu.

Problemy osobiste Mankella nakładają się na problemy ogólnokrajowe, bo początek lat 90. XX wieku, to coraz bardziej widoczny kłopot z imigrantami przybywającymi do Szwecji i gwałtownie narastająca niechęć szwedzkiego społeczeństwa do obcych jednostek. Trudno mi powiedzieć na ile odpowiadało to stanowi faktycznemu, jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że z Mankella wychodziło pewne “lewactwo” i może wyolbrzymiał odczucia swoich rodaków. Do tego dochodziła jeszcze ostra krytyka niewydolnego państwa, które nie dość, że nie potrafi sobie radzić z narastającą falą przybyszów, to jeszcze nie jest w stanie zapewnić porządku, czego wyrazem są ciągłe kłopoty kadrowe, lokalowe, osobowe i generalnie finansowe policji.

To wszystko razem zdecydowanie przelało falę goryczy i Mankella z jego komisarzem Wallanderem, mam dość. O ile sam policjant ze swoimi problemami może nie różni się tak bardzo od innych klasycznych postaci tego gatunku, to zdecydowanie nie odpowiada mi cała otoczka powieści – wolę świat, w którym główny bohater ma swoje kłopoty osobiste, do których dochodzą też inne, te powodowane przez brudny świat naokoło niego, ale które na swój sposób są sztuczne, choć urokliwe, i dla mnie istnieją tylko w książce. U Mankella to wszystko istnieje naprawdę w świecie realnym i może dlatego nie chcę go zaakceptować.

***

Posted on wrzesień 25, 2006 at 23:12 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: 

2 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by brocha
    on 26/09/2006 at 00:00
    Permalink

    Ja przeczytałem dwie powieści Mankella, właśnie “Mordercę bez twarzy” i “O krok” – w sumie nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem kryminałów, ale obie książki czytało się bardzo dobrze.

  2. Written by Maciej Majewski
    on 26/09/2006 at 09:37
    Permalink

    Brocha, to nie jest tak że źle się czyta, tylko treść mi nie podeszła.

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply