“Kluczyk yale”, Jerzy Janicki

To miał być prezent dla babci (i wciąż jest), ale niespodziewanie “Kluczyk yale” okazał się dla mnie ważną książką. I choć dla przeciętnego człowieka to będzie tylko zbiór świetnie napisanych felietonów, dla “genetycznie obciążonego” człowieka jak ja, to może dopiero początek odkrywania historii własnej rodziny.

Kluczyk yale

Bo ja jestem na swój sposób “genetycznie obciążony”. Kiedy w Jałcie zapadła decyzja o “oddaniu” ZSRR części Polski, okazało się, że dla moich dziadków zabrakło miejsca we Lwowie. Trzeba było spakować tyle dobytku ile się tylko dało i wyjechać do Polski, jakkolwiek by to idiotycznie dla nich nie brzmiało. Ale właśnie przez tą podróż wagonem, mojej rodzinie zabrakło namacalnych świadectw własnej historii. Pomijając kilkanaście, może kilkadziesiąt zdjęć, dokumenty własności lwowskich nieruchomości i to co mieli na grzbiecie, została jedynie pamięć dziadków (pradziadków poznać nie zdążyłem), a właściwie babci, bo ona ciągle Lwów wspomina. Odkąd pamiętam, każde spotkanie rodzinne nieuchronnie prędzej czy później schodzi na tematy lwowskie. Kiedy byłem gówniarzem zawsze mnie to nudziło, zresztą po pewnym czasie nudzą mnie takie rozmowy nadal, ale jako że mam gdzieś w genach to lwowskie pochodzenie, chyba jestem w stanie zrozumieć nieustającą fascynację i bezgraniczną miłość, jaką lwowiacy darzą swoje rodzinne miasto i czasy dzieciństwa, bardziej niż ktokolwiek inny.

“Kluczyk yale” pochłonąłem błyskawicznie, bo to po prostu wspaniale napisany zbiór felietonów, w których centralne miejsce zajmuje, jakżeby inaczej, Lwów i lwowska diaspora, rozsiana po całym bożym świecie. Janicki to znany scenarzysta (serial “Dom”), ale w mojej rodzinie znany był głównie z książek i programów telewizyjnych o mieście nad Pełtwią. A pisze Janicki o ukochanym Lwowie równie porywająco jak opowiada. I to jest dla mnie fenomen, bo nigdy doprawdy nie pojąłem tego czym dla tych ludzi był Lwów, że sześćdziesiąt lat trwają w zachwycie nad tym miastem. Ba, nigdy nie mogłem zrozumieć jak dane jest im pamiętać tak wiele z czasów dzieciństwa lub wczesnej młodości, skoro przecież żyjący dziś lwowiacy opuszczali to piękne miasto w bardzo młodym wieku…

Cóż z tego, że porywająco napisane, skoro przepojone bezbrzeżnym żalem? Za miastem, za kolegami i koleżankami, za ciastkami i wszystkimi pozostałymi smakami młodości. Za czasami i ludźmi, którzy odeszli. Bo w dużej mierze “Kluczyk yale” jest, rosnącą coraz bardziej, listą osób, których wśród żywych już nie ma. Jak zafascynowany, co i rusz, natykałem się na kolejne opisy spotkań dawnych znajomych lub znajomych znajomych, których przywoływał Janicki wykazując niebywały talent do znajdywania wspólnego języka. A zawsze, nawet z najbardziej obcymi ludźmi udawało mu się odnaleźć wspólny mianownik, jak tylko wspomniał o Lwowie. A ja, czytając o lwowiakach nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że pomimo wszelkich przeciwności tylko wśród dwóch znanych mi grup znaleźć można tylu wybitnych ludzi – powstańców warszawskich i lwowiaków. Do licha, toż przecież cały jeden felieton to jedna wielka lista najbardziej znanych nazwisk polskiej kultury czy nauki…

A opisy pamiątek związanych ze Lwowem? Unikatowych cymeliów Janickiego, wśród których jest choćby skrawek Panoramy Racławickiej? A zwykłe, przeciętne dla każdego tylko nie dla lwowiaka, szpargalia, z sowieckim biletem tramwajowym, czy “zwykłą” serwetką znanej restauracji? O wszystkim tym Janicki pisze z niesamowitą czułością i miłością… I człowiek naprawdę wierzy, że Lwów to takie miasto, w którym i kilogram był cięższy, i metr dłuższy…

*****


Zobacz także:

  • Lista zaległości – październik
  • Moje (czytelnicze) podsumowanie 2006 roku
  • Lista zaległości – wrzesień
  • Spis książek
  • wrzesień 13, 2006 • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Jeden komentarz to ““Kluczyk yale”, Jerzy Janicki”

    1. Aseł - wrzesień 14th, 2006

      Bardzo ładnie to, kolego, napisałeś :)

    Zostaw komentarz