“Uczta dla wron”, George R.R. Martin

Dwa, a może nawet ponad dwa lata czekałem na kolejny tom jednej z dwóch najlepszych współczesnych sag fantasy. A kiedy się wreszcie pojawił, wkoło słychać było przeważnie krytyczne głosy. Że nudne, że rozwleczone, że lanie wody. Lekki szok, bo jakże to, po genialnej “Nawałnicy mieczy” taki spadek formy? Ale nie jest aż tak źle.

Uczta dla wron. Cienie śmierciUczta dla wron. Sieć spisków

Faktycznie jednak, fabuła jest, jak na Martina, niemiłosiernie rozwleczona. Im głębiej wczytywałem się w “Ucztę dla wron” (a dokładniej w dwa tomy jej polskiego wydania, czyli “Ucztę dla wron. Cienie śmierci” i “Ucztę dla wron. Sieć spisków”), tym bardziej kojarzyła mi się z kapitalnym określeniem choroby trawiącej niektóre wielgaśne sagi fantasy. Na imię jej jordanitis, a termin ukuli rozczarowani fani twórczości Roberta Jordana, autora “Koła Czasu”.

Problem z “Ucztą dla wron” polega na tym, że to tak naprawde połowa (sic!) powieści. W polskim wydaniu ponad tysiąc stron, ale to jest dopiero połowa, bo Martinowi tak się “dobrze” pisało, że nie zmieścił wszystkiego w jednej książce, więc postanowił rozbić ją na dwie. W przyszłym roku ukaże się “A Dance with Dragons”, który ma opisywać dalsze losy m.in. Jona Snow czy Daenerys, których, nie licząc krótkiego epizodu z bękartem, teraz zabrakło.

Jakkolwiek spora część fabuły, zresztą najciekawsza, toczy w Królewskiej Przystani, w której Cersei dąży do zabezpieczenia sobie pełni władzy, to bohaterów Martin porozrzucał daleko. Jest i jedna z moich ulubionych postaci, Arya, szkoląca się w dalekim, zamorskim Braavos, jest i Sam płynący z Muru do Cytadeli by zostać maestrem, miotająca się po kraju w poszukiwaniu Sansy Brienne, Jaime, Sansa, czyli starzy znajomi. Ale przy okazji Martin wprowadza sporo nowych postaci i umiejscawia akcję w rejonach, których do tej pory nie odwiedzaliśmy, jak np. Żelazne Wyspy czy Dorne.

I to chyba jest największy problem z tym fragmentem całości “Pieśni Ognia i Lodu”, bo Martina pokonała skala własnego dzieła. Kiedy z bodaj siedmiu czy ośmiu głównych linii narracyjnych dwie są zupełnie nowe, a kilka pozostałych kończy się w bardzo istotnym zawieszeniu, tuż przed eskalacją jakiś brzemiennych w skutki wydarzeń, to książka się dla mnie trochę “rozłazi”. Nadto cały wątek Arii możnaby spokojnie wyłączyć albo do następnego tomu (albo co już raczej mało realne, opowiadania). Chyba najgorszymi fragmentami do przebrnięcia, były wędrówki Brienne i jej rozpytywania o nastoletnią “siostrę”, ale nigdy tej postaci nie lubiłem, więc pewnie generalnie jestem zrażony. W całości na plus zaliczyć należy machinacje księcia Dorne, jak i coraz bardziej niejednoznacznego moralnie Jaimego Lannistera. No i Cersei. Dla mnie, Cersei Baratheon de domo Lannister[1], ciągnęła całość do przodu. To jej wątku wypatrywałem i kiedy miałem już iść spać, a za następną stroną czaił się rozdział z nią w roli głównej, sen schodził na dalszy plan. Bo Cersei Lannister, to kapitalna kreacja Martina. Lady Makbet fantasy bije swój prawdopodobny pierwowzór na głowę swą demonicznością, żądzą władzy, porażającą ambicją i skłonnością do manipulacji. A także zaślepieniem wynikającym z głupoty, co też sprowadza na nią w koncówce kłopoty. Jej przeciwieństwem jest chłodny, metodyczny, z wielką pieczołowitością i niesamowitym horyzontem czasowym planujący zemstę, książę Oberyn Martell; nowowprowadzona postać, która mam nadzieję będzie się pojawiać jak najczęściej.

Polityka wydawcy jest jaka jest, ale ja nie mogę się zdecydować, czy sam dzieliłbym całość na dwie części, czy nie. Bez wątpienia “Uczta dla wron. Cienie śmierci” jest słabsza i stanowi wyjątkowo ciężkie wprowadzenie do reszty, bo już “Uczta dla wron. Sieć spisków”, głównie dzięki nabierającej tempa akcji, a w końcówce wręcz gnającej do przodu (choć jak na standard całej “Uczty dla wron”, a nie całej sagi) jest o wiele, wiele lepsza.

Gdyby nie to, że Martin trochę się pogubił i chyba dotarł do pewnego rozdroża, ta powieść, może nie dorównałaby genialnej “Nawałnicy mieczy”, ale na pewno miałaby szansę być lepsza niż pierwsze dwa tomy całej sagi. Gdyby nie to, że to jednak Martin, a dwa że wreszcie się ukazał, dałbym niższą ocenę. No i Cersei, zdecydowanie Cersei.

****½


  1. aczkolwiek luźno rzucana uwaga ciotki bliźniaków rzuca na to cień []
Posted on sierpień 31, 2006 at 14:33 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione

4 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by Chemik
    on 04/11/2006 at 13:39
    Permalink

    “chłodny, metodyczny, z wielką pieczołowitością i niesamowitym horyzontem czasowym planujący zemstę, książę Oberyn Martell; ”

    Eeee… Chyba Doran Martell? Oberynowi ser Gregor łeb rozwalił w “Nawałnicy mieczy”.
    BTW- jestem na początku “Sieci spisków” i odczucia mam w zasadzie zbieżne…;-)
    Zobaczymy, co będzie na końcu.

  2. Written by Maciej Majewski
    on 04/11/2006 at 14:17
    Permalink

    Chemik, możliwe cholera. Nie pamiętam, a nie bardzo mam jak sprawdzić w tej chwili.

  3. Written by Ala
    on 23/10/2009 at 00:51
    Permalink

    Z całą pewnością Doran Martell. Dopiero teraz trafiłam na tę recenzję… uważam jednak, że poprawić się godzi :)

  4. Written by siemka
    on 25/06/2011 at 08:13
    Permalink

    a dance with dragons wychodzi dopiero teraz :P

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply