“Kłamstwa Locke’a Lamory”, Scott Lynch
Zapowiadając tą książkę, napompowano balon oczekiwań niemal do granic wytrzymałości. “Najlepszy debiut w historii!”. Ha. Dałem się złapać, przeczytałem, ale ostateczna ocena zdecyduje się chyba wraz z ostatnim zdaniem, bo choć bardzo mi się podobało, to wciąż się waham jaką dać ocenę.

Recenzje pełne zachwytów chyba po części wynikają z legendy narosłej wokół sposobu, w jaki Lynch trafił na wydawcę. A dokładniej, po tym jak opublikował kilka fragmentów swojej pierwszej powieści w blogu. I tak też kampania reklamowa była prowadzona – co raz to kolejny blogger dodawał swoją cegiełkę do całej tej niesamowitej historii, pisząc jaką to fantastyczną powieścią są “Kłamstwa…”. No więc są, czy nie?
Dzisiaj, kiedy definicja tego co jest, a co nie jest fantasy, jest tak płynna, że naprawdę ciężko z całą pewnością jednoznacznie dany tekst przypisać gatunkowo, “Kłamstwa Locke’a Lamory” wpisują się w fantasy, choć to z przeciwległego bieguna w stosunku do tolkienowskiego. I to jest pierwsza zaleta tej książki.
Lynch jednak tworzy swoje własne uniwersum, ale robi to w bardzo oszczędny sposób. Raczej sugeruje niż pisze wprost, jak toczyła się historia miasta i całego świata. Każe się z jednej strony domyślać, z drugiej zostawia wiele niedomówień, w końcu to nie uniwersum jest w centrum uwagi. Bo oto akcja powieści, za wyjątkiem małego wypadu w jednej z retrospekcji, toczy się cały czas w obrębie jednego miasta. Camorr, to Wenecja niemal żywcem przeniesiona w świat powieści, miasto zbudowane na dziesiątkach wysp i wysepek, podzielone niezliczonymi kanałami i złączone jeszcze większą liczbą mostów. Na jego terenie działają niezliczone grupy kryminalistów, rządzone twardą ręką Capy Barsaviego, capo di tutti cappi. A wśród nich funkcjonuje grupa drobnych złodziejaszków, wiodących jednak podwójne życie, o którym Barsavi nic nie wie – Gentlemen Bastards, tak się zwą i zaręczam, że nazwa jest w każdym calu uzasadniona. Piątka wychowanków pewnego mnicha prowadzącego podwójne życie, odebrała doskonałe wykształcenie, pozwalające im na udawanie niemalże dowolnej osoby. Jednak wbrew powszechnej opinii, nie zajmują się rabowaniem byle kogo, oj nie. Obrali sobie za cel, nietykalną dzięki tajnemu paktowi, arystokrację i okradają ją z bezwzględnym wdziękiem. Ale jak to w życiu bywa, nie wszystko idzie jak po maśle, więc i Locke Lamora, główny mózg gangu, staje przed poważnym i śmiertelnie niebezpiecznym problemem. I to jest kolejna zaleta tej powieści.
Lynch nie bawi się w próbę przekonywania czytelnika, że to ważna literatura, Literatura przez duże “L”, że to coś więcej niż dobra literatura rozrywkowa. Wprost przeciwnie – od samego początku jest to wiadome, a opowiedzenie zajmującej, dynamicznej historii staje się, nawet nie nadrzędnym, ale jedynym celem autora. I wychodzi mu to naprawdę znakomicie. Kiedyś, na okładce innej książki znalazłem taki tekst: it’s a roller-coaster ride that leaves one breathless, exhausted, elated and tearful. W zasadzie każde z tych określeń pasowałoby do “Kłamstwa Locke’a Lamory”, bo od samego początku akcja posuwa się żwawo do przodu, a w pewnym momencie następuje wręcz całkowite przełamanie i fabuła już wprost gna ostro. Nie obywa się przy tym bez brutalnych zagrywek, nie tylko przy opisach wyrafinowanych metod zabijania, ale zwłaszcza w stosunku do własnych bohaterów. Bezwzględnie należy to zaliczyć autorowi na plus, nawet jeśli chciałbym, żeby akurat ten element zmienić. Rada dla przyszłych czytelników – nie przyzwyczajajcie się za bardzo do postaci…
Tytułowy bohater nie jest żadnym aniołem; ba, wręcz przeciwnie! To urodzony oszust i złodziej, a jednak od razu wiadomo, że będziemy go za to kochać. Bo Locke to nie tylko złodziej, to prawdziwy geniusz strategii i doskonały planer. Każdy z jego numerów, to wręcz dzieło sztuki. I choć wydawca sugeruje nawiązania do “Ocean’s Eleven”, jakoś mnie bardziej “KLL” kojarzyły się z genialnym “Żądłem”, czy niedawnym “Przekrętem doskonałym”. Zresztą cała powieść była dla mnie kopalnią cytatów filmowych z najlepszych filmów rozrywkowych: “Piraci” Polańskiego, “Tylko dla orłów”, “Fight Club”, “Gangi Nowego Jorku”, nawet może “Imię róży”, “Chłopcy z ferajny” czy “Ojciec chrzestny”. Gdzieś te wszystkie tytułu przewijały mi się w miarę lektury przed oczami i nawet jeśli Lynch nie wszystkim z nich się inspirował, to na pewno jest w jakimś sensie dzieckiem Hollywoodu i wychował się na takim kinie. Zresztą Hollywood już od niego zakupił prawa do ekranizacji powieści (ciekawe kto zagra Lamorę – Depp? Byłoby fajnie). Literackich inspiracji, poza ewidentnym “Hrabią Monte Christo” mniej, co pewnie nie znaczy, że ich nie ma. Ale to nie może być zarzut, bo ta filmowa edukacja wyszła autorowi na dobre – czytelnik, tak jak widz w kinie nie może się nudzić.
Oprócz kinowej akcji, bez wątpienia silną stroną książki są kapitalne, dowcipne dialogi, choć wielokrotnie pełne wulgaryzmów. Nie tylko ze względu na cięte riposty, ale fantastyczne wyczucie, ucho do pisania dialogów, jakim dysponuje Lynch. On to po prostu czuje, a my z kolei czujemy że sprawia mu to prawdziwą przyjemność.
Wreszcie kolejną zaletą książki jest jest zakończenie, a dokładniej, jest to książka zamknięta. Można ją czytać jako otwarcie pewnego siedmioczęsciowego cyklu, ale można jako samodzielną powieść, którą też niewątpliwie jest.
Jeśli mogę poczynić jakiś zarzut, to tylko co do głębszego przetykania powieści retrospekcjami. W sytuacji, kiedy każda niemalże strona przynosi jakiś dramatyczny zwrot akcji, Lynch raczy nas powrotem do przeszłości głównych bohaterów. I jakkolwiek jest to uzasadnione koniecznością ukazania, jak Gentlemen Bastards się kształtowali i wzajemnie docierali, to coś we mnie się przeciw temu buntuje! Jakże to, w samym środku akcji! Z drugiej jednak strony, być może pozwala to chwilę ochłonąć i dłużej cieszyć się z bardzo przyjemnej lektury?
“Kłamstwa Locke’a Lamory” to naprawdę bardzo dobrze, być może nawet błyskotliwie napisana rozrywka, której choć daleko do doskonałości, nie można odmówić sprawiania czytelnikowi prawdziwej przyjemności. Dobrze, że w przyszłym roku trafi do Polski.
‘some day, you’re going to fuck up so magnificently, so ambitiously, so overwhelmingly that the sky will light and the moons will spin and the gods themselves will shit comments with glee. And I just hope I’m still around to see it.’
‘Oh, please.’ said Locke. ‘It’ll never happen.’






on 01/08/2006 at 23:26
Permalink
“Kłamstwa…” mają szansę na polską edycję? Nie powiem, zachęciłeś mnie do sięgnięcia po to…
on 01/08/2006 at 23:32
Permalink
MAG je wyda, ale jeśli dobrze pamiętam, raczej w przyszłym roku.
on 01/08/2006 at 23:56
Permalink
Tark, a w ogóle to przecież możemy sobie nawzajem pożyczyć książki. Dam ci Lyncha w zamian za Clarksona, co ty na to?
on 02/08/2006 at 23:44
Permalink
Klakson jest chwilowo pożyczony, ale nie widzę przeciwskazań
)
on 04/08/2006 at 11:13
Permalink
W zasadzie mogę się pod tą recką tylko podpisać. Fakt, TLoLL nie jest może jakąś nadzwyczaj ambitną i natchnioną książką, ale rozrywkę zapewnia rewelacyjną. Lynch świetnie pisze – równie dobrze bawiłem się frazą chyba tylko przy takich mistrzach pióra jak Zelazny czy Sapkowski. Dla mnie bomba.
Aha, podoba mi się też zdrowe podejście do życia, jakie Lynch przejawia w wywiadach. Czytałeś, co mówił Jayowi Tomio? No splitting the last book into three books, or suddenly turning it into a ten-book series because I digressed excessively in book five, or anything like that. They’ll send ninjas to my house if that happens. Honest, look at my contract…”Clause 18, Reasons We Can Kill Your Family…”
on 25/08/2006 at 17:48
Permalink
Alakhai, TLoLL nie jest książką ambitną, ale na pewno jest książką natchnioną. Bo tylko natchnienie (najwyraźniej długofalowe, sądząc po planach autora) mogło spowodować napisanie tak znakomitej powieści. Czytałem ją na wakacjach nad morzem. Wolałem zostać w domu i czytać, zamiast smażyć się na plaży.
Lynch z ogromną łatwością kreśli epickie tło akcji, jakby mimochodem buduje dookoła głównego bohatera cały, pełnokrwisty świat, pełny świetnie nakreślonych postaci. Zresztą, przypomina mi tym niedoścignionego mistrza, Andrzeja Sapkowskiego. Tak jak u ASa, Lynchowi wystarczy kilka zręcznych zdań, żeby czytelnik wczuł się w nową postać, poznał jej przeszłość i motywację.
Jedynym wyjątkiem jest tu Bondsmage (więziomag? więziodziej? – to taki mały żart…), co tylko dodaje mu tajemniczości.
Ciekawe, kto to będzie przekładał na polski? Już mu zazdroszczę.
on 16/10/2006 at 15:17
Permalink
Hehe, wiedziałem, co ci podsunąć (zreszta i tak wróciłeś nieźle opalony)
PWC.
on 30/06/2007 at 13:38
Permalink
[...] A moją opinię o “Kłamstwach Locka Lamory” można znaleźć tutaj. [...]
on 30/09/2007 at 21:19
Permalink
[...] “Red Seas Under Red Skies”, Scott Lynch Kiedy rok temu ukazywały się “Kłamstwa Locke’a Lamory”, Lynch solidnie namieszał na rynku wydawniczym, z miejsca podbijając czytelników. Stąd oczekiwania co do kontynuacji przygód dwójki uroczych Niecnych Dżentelmenów były naprawdę spore. Dzisiaj mogę już sobie odpowiedzieć na pytanie na ile druga odsłona ich historii dorównuje “Kłamstwom…”. [...]
on 14/11/2007 at 17:40
Permalink
Moja opinia o Klamstwach? Swietnie napisana powiesc, zachęcam do czytania, w sam raz na tę pogodę, która nam w Polsce za oknem hasa
on 31/12/2007 at 08:45
Permalink
Bardzo proszę idiotów spamujących komentarze pod wpisem, żeby się powstrzymali, bo naprawdę da się sprawdzić, że piszą ciągle z tych samych adresów IP i do tego posługują się mizerną inwencją w wymyślaniu adresów mailowych.
Firmom PR zaangażowanym w promocję książki dziękuję i proszę o trzymanie się z daleka od tej strony. Dane autorów komentarzy, pomimo ich usunięcia z tej strony, mam i jeśli będzie trzeba przedstawię u dostawcy internetu.
Polecam też lekturę mojego wpisu o Agencji 121PR.pl spamującej strony takie jak moja.
on 24/06/2008 at 15:37
Permalink
Książka jest świetna, ma swój szczególny humor XD. Przeczytałam ją w trzy godziny. Czekam na następną część.
on 18/06/2009 at 08:38
Permalink
[...] i oryginalności, pomimo wykorzystywania ogranych przecież motywów. Półtora roku temu były to “Kłamstwa Locke’a Lamory”, dzisiaj “Heroes Die” (”Bohaterowie umierają”) [...]