“Festung Breslau”, Marek Krajewski
Czy pisarza, podobnie jak mężczyznę, poznaje się nie po tym jak zaczyna, tylko jak kończy? Jeśli tak, to Krajewski pisarzem jest. Dobrym pisarzem. Bo choć w moim przekonaniu “środkowe dwa” tomy tetralogii o Eberhardzie Mocku były słabsze od “Śmierci w Breslau”, to “Festung Breslau” znakomicie to rekompensuje. Pod każdym względem.

Nie będę ukrywał – bałem się o tą książkę. Bałem się tego, co Krajewski z Mockiem i z Wrocławiem, pardon, z Breslau, uczyni. Bałem się wreszcie tego jaka będzie intryga, która jak do tej pory była najsłabszym punktem autora. Ale wyszedł z tego obronną ręką, bo “Festung Breslau” tylko wzmacnia dotychczasowe pozytywne odczucia z lektury perypetii detektywa wrocławskiej Kriminalpolizei.
Do Breslau zawitała czwarta pora roku. Jednak wiosna, która zwiastuje zazwyczaj powrót życia, dla miasta oznacza w roku 1945 zagładę, bo u jego bram stoją hordy rodem z Azji. Dzika, barbarzyńska armia pałająca chęcią odwetu za lata najgorszej wojny jaka dotknęła Rosję i jej kolonie. Niestety, miastu i jego mieszkańcom już nic nie jest w stanie pomóc i gdy wydawałoby się, że Mock ma jeszcze szansę uciec wraz z żoną przed azjatycką dziczą, powraca sprawa śmierci jego bratanka. Oto ktoś sugeruje, że w mieszkaniu położonym za linią frontu znajduje się ważny dowód mogący pomóc w odszukaniu mordercy.
Mock, pomimo że zawieszony w czynnościach służbowych za dawne grzeszki, rusza na łowy jak prawdziwy pies gończy. A kiedy raz złapie trop, już nie odpuści. To jego cecha specyficzna, bo pomimo wszystkich swoich łajdactw, wymuszeń, pobić czy morderstw w imię sprawiedliwości, Mock ślepo wierzy w konieczność jej wymierzania, bez względu na okoliczności. I pomimo iż Breslau wali mu się na głowę, zza najbliższego rogu ulicy może paść śmiertelny strzał, a ziomkowie co chwilę go katują, nie przestaje drążyć sprawy. Ponownie cierpi na tym jego małżeństwo, z żoną jak kania dżdżu wyczekującą ucieczki z Breslau, gdyż nawet chcąc odkupić swoje poprzednie winy, Mock stawia odnalezienie sprawcy brutalnego gwałtu ponad własny związek.
Mock starzeje się brzydko. I nie chodzi tu nawet o fizyczne obrażenia, odniesione podczas bombardowań Hamburga czy Drezna, potwornie szpecące jego twarz, ale o to, że ten znakomity policjant zaczyna coraz bardziej niedomagać na zdrowiu, osłabiony długoletnim nadużywaniem alkoholu czy tytoniu, wreszcie wiekiem, a przede wszystkim coraz częsciej zdarza mu się przeoczyć jakiś istotny szczegół przez własne roztargnienie, brak tej swojej dawnej ostrości umysłu. Pomimo swoich słabości, Mock ciągle jednak się wyróżnia. Starszy pan, zawsze nienagannie ubrany (Wie pan, dlaczego zawsze poza domem chodzę w garniturze? Po prostu okazuję cześć temu miastu… Tak jak do obiadu zawsze siadam w krawacie, okazując cześć Temu, który mi daje pożywienie… Głupi nawyk… Tutaj powinno się chodzić w zwierzęcych skórach i z maczugami)[1], z klasycznym wychowaniem i wykształceniem, jest takim typem człowieka, który nigdy nie przystaje do swoich czasów jakie by nie były, a zwłaszcza do panującego wkoło zdziczenia i zezwierzęcenia. Dla mnie jest to właśnie jeden z największych walorów powieści, to zestawienie odchodzącego człowieka z ginącym miastem.
Bo Wrocław ginie. Nie tylko z rąk sowietów, ale także burzony przez własnych obywateli zapędzonych do budowy lotniska czy umocnień. Giną jego mieszkańcy, odchodzi w przeszłość świat jaki znał Mock i jaki pieczołowicie odtworzył Krajewski. Po lekturze ostatniego numeru “Polityki” nabrałem pod tym względem jeszcze większego szacunku do autora.
Poprawiła się, w stosunku do poprzednich powieści, intryga o którą oparta jest fabuła. Jakkolwiek i tu pozostały pewne słabości, to wydaje się być już dużo bardziej wiarygodna, a to jak dotad nie było mocną stroną autora. Jestem o wiele bardziej skłonny uwierzyć w motywy postępowania inicjatora morderstwa w tej powieści, niż we wszystkich dotychczasowych.
Jest w “Festung Breslau” kilka mocnych akcentów i uroczych scen, jak choćby zestawienie Mocka spożywającego posiłek w oblężonym Wrocławiu z jedzącym oficerem polskiego KBW i niesamowity kontrast przebijający się ze zderzenia tej mockowskiej celebry posiłku, i ordynarnego, prostackiego zapełniania brzucha tandetnymi potrawami przez polskiego kapitana. Jest też urocze, zataczające koło niemal powtórzenie myśli niemieckiego policjanta, prostaka z gestapo, tym razem wetknięte w usta tegoż kapitana KBW. Jest i trochę wzruszające oddanie hołdu naczelnemu lekarzowi sądowemu, i na pewno wzruszające potraktowanie przez Mocka profesora Knoppa. Jednak nie wiedzieć czemu, największe wrażenie zrobiła na mnie przerażająca scenka, w której dowiadujemy się, jak mały sąsiad Mocka został kowbojem… W chwili kiedy wkoło giną tysiące, prosty dialog starszego mężczyzny i młodego chłopca wywołuje ciarki na plecach.
O ile teoretycznie powieści o Mocku można czytać w dowolnej kolejności, to jednak zabierając się za “Festung Breslau”, warto mieć za sobą lekturę wszystkich dotychczasowych, bo w tym pożegnaniu z Mockiem jest dużo odniesień do pozostałych trzech tomów. A jak wyszło samo pożegnanie? Cóż, dla mnie zwycięstwo.





- “Festung Breslau”, M. Krajewski, str. 34 [↩]
Zobacz także:

Komentarzy (3) to ““Festung Breslau”, Marek Krajewski”
To widzę, że mamy 100% zgodności:) Też się bałam:D
Ja się nie obawiałam. Przy tym, paradoksalnie w stosunku do Was którzy żywiliście obawy, intrygę w “Festung…” uważam za najsłabszą w całej tetralogii, jednak inne elementy wynagradzają mi wszystko.
Scenę z 10-cio letnim sąsiadem Mocka uważam za najlepszą nie tylko w “Festung…” ale chyba w całości powieści o Mocku. Mocna scena.
Sama intryga jest najmniej “kryminalna” z dotychczasowych, za to według mnie, o wiele sensowniejsza niż dotychczasowe. Ale i tak, jeśli ktoś szuka u Krajewskiego dobrej intrygi, to powinien szukać u innych autorów
Zostaw komentarz