“Dzień tryfidów”, John Wyndham
Wygląda na to, że jesteś tu po raz pierwszy - może skorzystasz z powiadomień o nowym wpisie dzięki kanałom RSS. Kanały RSS możesz subskrybować np. przy pomocy usługi Google Reader. Zapraszam do regularnych odwiedzin!
Gdyby zastosować do tego tekstu “brzytwę Lema”, to wydanie go w serii “Mistrzowie SF i Fantasy” byłoby nieporozumieniem. Bo “Dzień tryfidów” tylko nominalnie należy do science fiction.

Trzeba przyznać, że wiele w tej książce jest zwykłego, tandetnego kiczu, jak choćby wątek miłosny czy sam pomysł zawiązania akcji. Oto pewnego dnia nad Ziemią pojawia się kometa (w powszechnym mniemaniu) wywołująca dziwne, zielone światło. I samo w sobie nie byłoby to ani może dziwne, ani groźne, gdyby nie to, że wkrótce po tym wszyscy ludzie i zwierzęta, którzy w tych ciekawych chwilach patrzyli w niebo, tracą wzrok. Dotyka ich całkowita i nieodwracalna ślepota. Jakby tego było mało, jakiś czas wcześniej pewien nieodpowiadzialny naukowiec (lub może ich grupa) wyhodował w jakimś laboratorium morderczą roślinę – tryfida. Kłopot z tryfidem polega na tym, że oprócz niezaprzeczalnych walorów (wysokowydajny olej uzyskiwany z rośliny) ma cechy głównie ujemne – jest ekspansywny (nie ze względu na częste wydawanie nasion, ale ze względu na możliwość przemieszczania się – ma trzy nóżki), no i jest zabójczy. I to dosłownie – atakuje ofiary kilkumetrowym wijem nasączonym trucizną uśmiercającą człowieka w mgnieniu oka. Prawda, że uroczo kiczowate? Ale nie należy się do lektury zrażać, bo choć książka ma ponad pięćdziesiąt lat, jest ponadczasowa.
Kiedy połączone zostają te dwa elementy, katastrofalne w skutkach zjawisko z bardzo dynamicznym rozwojem zabójczych roślin, ludzkość staje przed wyzwaniem, o którym jej się wcześniej nie śniło. W ciągu jednego dnia w gruzy runęła dotychczasowa cywilizacja. Miliony ślepców dożywają swoich dni we własnych mieszkaniach, pozbawione wszelkiej opieki i pomocy, albo giną śmiercią samobójczą, nie mogąc znieść kalectwa, lub też padają ofiarą morderczych tryfidów. Nagle okazuje się, że to nie zdolność myślenia czy porozumiewania się pozwoliła ludziom zająć ich dotychczasowe stanowisko w łańcuchu pokarmowym, lecz niedoceniany na co dzień zmysł wzroku. Człowiek pozbawiony wzroku staje się bezwolną istotą skazaną na przegraną, a kiedy całe społeczeństwo jest niepełnosprawne, ludzkość staje w obliczu zagłady.
O wartości tego postapokaliptycznego thrillera nie świadczy oczywiście to kiczowate zestawienie katastroficznego zdarzenia z ekspansją morderczych roślin, rodem z kiepskich filmów s.f. z tego okresu. To tylko pretekst, być może kiepski, ale jednak punkt wyjścia do ukazania słabości całego gatunku ludzkiego. Obok wad wrodzonych, Wyndham pokazuje, że nie tylko fizyczność może zagrozić naszej egzystencji, ale i nieodpowiedzialne badania nad gatunkami (choć to akurat było wtedy raczej metaforą sowieckiego zagrożenia) czy naiwna wiara w ratunek ze strony kogoś bardziej zaawansowanego, potężniejszego (tu Amerykanie). Wreszcie to, co mi się spodobało, to próba dyskusji na temat roli płci w społeczeństwie, czy wręcz napiętnowanie naszych sztywnych norm obyczajowych i moralnych, i próba dyskusji nad możliwością ich ewolucji i adaptacji do zmieniających się warunków.
Generalnie nie jest to dzieło wybitne, ale zaskakująco dobrze zniosło próbę czasu, a to po prostu oznacza dla mnie, że jest to dobra literatura.





Zobacz także:

Komentarzy (2) to ““Dzień tryfidów”, John Wyndham”
Tylko niech cię ręka boska broni przed sięganiem po “Noc Tryfidów”
A film na podstawie “Dnia…” jest. Sympatyczna ramotka S-F, ale niewiele poza tym
Tyle się już złego naczytałem i nasłuchałem o “Nocy Tryfidów”, że chyba się skuszę….
Ale kurcze mnie wczoraj naszła ochota, żeby nabyć trzy tomy niejakiej Naomi Novik za jednym zamachem…
Zostaw komentarz