“Wieki światła”, Ian R. MacLeod

W tej książce można się zakochać, ale pewnie wielu czytelników znuży. Szkoda, ale z drugiej strony nie powinno to dziwić, bo fabuła jest… no, w zasadzie fabuła jest, ale jakby jej nie było. Przeczytałem, podobało mi się, nawet bardzo, ale kiedy skończyłem to zacząłem się zastanawiać co mnie tak urzekło, skoro prawie nic się nie dzieje?

Wieki światła

To historia alternatywna. Gdzieś w połowie siedemnastego wieku na świecie dochodzi do wydarzenia, które odmieni przyszłość ludzkości. Odkryty zostaje eter – tajemniczy pierwiastek o magicznych zdolnościach, który pod wpływem odpowiednich zaklęć staje się doskonałym źródłem energii lub też w zależności od potrzeb spoiwem łączącym inne substancje w sposób bardziej trwały niż najmocniejszy spaw, cement czy klej. Jednym słowem, zbawienie ludzkości. Ale czy na pewno? Wraz z odkryciem eteru, przez kolejne trzysta lat postęp zatrzymał się praktycznie w miejscu. Ludzkość nie ma żadnej motywacji do poszukiwania nowych rozwiązań technicznych, skoro eter potrafi zastąpić wszystko. Ale cena za to “dobrodziejstwo” jest wysoka. Poczynając od tego, że raz na jakiś czas złoża eteru się wyczerpują i następuje wtedy ogólnoświatowy krach. Po drugie, odkrycie tej magicznej substancji doprowadziło do całkowitego przeobrażenia społeczeństwa – król został ścięty, parlament zlikwidowany, stare stosunki społeczne przestały istnieć, a na ich miejsce ustanowiono cechy. Cały ten system jest mocno kastowy – zmiana statusu jest praktycznie niemożliwa, a cechmistrze i arcycechmistrze stają się praktycznie panami życia i śmierci. Ustrój cechowy to faktycznie triumwirat kilku najpotężniejszych cechów, które decydują o wszystkim, gospodarczo zaś, to drapieżny kapitalizm, w którym prawa jednostki są podporządkowane nadrzędnemu celowi, czyli maksymalizacji zysków. No i wreszcie dla wielu jednostek, eter staje się przyczyną mutacji. Zbyt bliska styczność z tą substancją powoduje zmiany fizyczne w organizmie, skazując mutantów na uwięzienie w ośrodkach odosobnienia i powszechną pogardę.

To co mnie zafascynowało, to rozkładanie na czynniki pierwsze relacji społecznych, które nastały od czasu odkrycia eteru. MacLeod w fantastyczny sposób ukazuje różne warstwy społeczeństwa angielskiego, ich wzajemne powiązania, konflikty, nadzieje i rozczarowania. Wszystko z punktu widzenia jednostki, młodego idealisty ogarniętego platoniczną miłością do mutantki, który próbuje się odnaleźć w Londynie epoki eteru. Ta powieść jest jakby skrzyżowaniem utworów Dickensa z naszą “Lalką” Prusa, a może nawet “Ludźmi bezdomnymi” czy “Przedwiośniem”. To podróż przez pozbawione nadziei życie biedoty, śledzenie walki młodych idealistów, walki o zmianę świata w jakim przyszłość im żyć, po to by obserwować jak ich marzenia stają się rzeczywistością, by w chwilę póniej przekonać się, że rewolucja zawsze pożera własne dzieci. Ale to też obserwowanie swoistego balu na “Tytaniku” i hulaszczych zabaw nowej arystokracji tuż przed katastrofą.

Bałem się, że lektura “Wieków światła” skończy się rozczarowaniem, jak to się stało z “Dworcem Perdido” czy “Blizną” Mieville’a, gdzie rozbuchana wyobraźnia poległa w starciu z brakiem zdolności pisarskich i nazbyt często przebijająymi się z fabuły prostackimi lewackimi przekonaniami autora. Bałem się, że MacLeod też postawi na ideologię, tymczasem to powieść rozrachunkowa. MacLeod pokazał brutalną prawdę, o tym jak życie rozbija wiarę we wszelkie ideały. I nawet tylko za to można MacLeoda pokochać.

Aż ślinka cieknie na myśl o kolejnej pozycji z cyklu “Uczta wyobraźni” wydawnictwa MAG – “Vellum” Duncana. Jeśli poziom będzie równie wysoki co u MacLeoda, zapowiada się fascynująca lektura.

*****

Posted on lipiec 28, 2006 at 21:22 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: ,

5 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by C.
    on 29/07/2006 at 11:44
    Permalink

    Tyle tylko, że MacLeod niczego nowego nie wnosi. Faktem jest, że – jak sama napisałam w mojej recenzji – zawsze taka świadomość jest przytłaczająca, zawsze porusza określone nuty, jednak nie jest to żaden nowy element. Dla mnie kolejna pozycja z cyklu przeczytane – docenione – zapomniane. Chyba coraz mniej mam czasu na takie książki.

  2. Written by Alakhai
    on 29/07/2006 at 14:27
    Permalink

    Aż ślinka cieknie na myśl o kolejnej pozycji z cyklu “Uczta wyobraźni” wydawnictwa MAG – “Vellum” Duncana. Jeśli poziom będzie równie wysoki co u MacLeoda, zapowiada się fascynująca lektura.

    Ja też czekam z niecierpliwością na “Welin” – i mam nadzieję, że na “Ink” nie trzeba będzie czekać półtora roku…
    Aha, byłbym zapomniał: “The House of Storms” jest równie dobry jak “Wieki światła” :-)

  3. Written by Maciej Majewski
    on 01/08/2006 at 11:13
    Permalink

    Stella, po pierwsze to sorry, ale wtyczka antyspamowa zatrzymała mi komentarz.

    Co do samej książki – nawet jeśli nie wnosi, to wciąż czyta się, mnie przynajmniej, zachwycająco przyjemnie. I nawet tylko za to warto go docenić.

  4. Written by Tarkus
    on 01/08/2006 at 23:22
    Permalink

    Książka nie musi wnosić czegoś nowego, jeśli daje przyjemność z lektury – przecież o to dokładnie chodzi, gdy sięgasz po książkę. wole przeczytać dziesięć nic nie wnoszących przyjemnych książek, niż jedno rewolucyjne nudziarstwo :)

  5. Written by walth
    on 14/08/2006 at 15:16
    Permalink

    Manual trackbacks: http://worldof.walth.hostdmk.net/index.php?/archives/152-Wieki-wiata-Ian-R.-MacLeod.html
    Mam nadzieję, że się nie narażam? :>

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply