“Tajemniczy płomień królowej Loany”, Umberto Eco
Ech. Niby to dalej Eco, ale jakiś taki… nie mój. Bo ja się przyzwyczaiłem po prostu do czegoś innego i za nic nie mogę się przekonać do “Tajemniczego płomienia królowej Loany”. A z dotychczas przeczytanych, jest to (chyba?) najbardziej przystępna powieść tegoż autora.

Obok “Tajemniczego płomienia…” moja znajomość twórczości Eco ogranicza się do “Imienia róży”, “Wahadła Foucaulta” i “Baudolino” plus kilku esejów przeczytanych gdzieś przy okazji. I kiedy usłyszałem, że Eco wydaje nową powieść, oczekiwałem właśnie czegoś pokroju co najmniej “Baudolino”, a w skrajnych marzeniach być może czegoś na podobieństwo “Wahadła…” czy “Imienia róży”. Nie chodzi mi tu o treść, ale o, chyba trudny do opisania, zachwyt, jaki pozostawał po lekturze. I tego mi właśnie w “Tajemniczym płomieniu…” zabrakło.
Szczerze powiedziawszy, to nie potrafię powiedzieć dlaczego nie zachwyca, skoro warsztatowo to naprawdę świetna rzecz. Być może dlatego, że zaskoczyła mnie wymowa książki i jej chyba mocno rozliczeniowy charakter. Nazbyt mi tu pachnie autobiografią, przez co uprzedziłem się do powieści. Po części nie zaakceptowałem “Tajemniczego płomienia…” chyba również dlatego, że ma zbyt… prostą fabułę. Wszystko toczy się spokojnym rytmem i to pomimo bardzo częstych retrospekcji. To nie jest tak, że książka jest rozlazła, przegadana. Nie, dla mnie jest po prostu zbyt inna, a przez to nieprzystępna.
Trochę to dziwne, bo przecież metoda pisarska Eco się wcale nie zmieniła. To dalej jest postmodernizm, wymagający od czytelnika nie mniej zaangażowania niż od autora. Znów Eco zachwyca swoją przebogatą wiedzą o literaturze czy sztuce, a dodatkowo wyjątkowo intensywnie okrasza ją popkulturą. Chociaż właściwie należałoby powiedzieć, takim faszystowskim odpowiednikiem socrealizmu w prozie, poezji i, co mnie niesamowicie zaskoczyło, komiksie. Całość wygląda ciekawie, zwłaszcza że w połączeniu z gęsto poutykanymi zdjęciami plakatów, reklam czy szpaltami komiksów, oddziałuje dwakroć intensywnie, bo i na zmysł wzroku.
Eco można też od razu wyczuć w samym pomyśle na poszukiwanie własnej przeszłości i własnej tożsamości. Tylko jednocześnie ten zamysł trochę się obraca przeciw czytelnikom, a przynajmniej mnie. Wszystko przez to, że to jest podróż nie tyle w głąb kultury europejskiej, co przede wszystkim do czasów Mussoliniego. I ile dzięki wszystkim tym wizualnym wstawkom wzmacnia wrażenia ze wspominania przeszłości, to jednak przez tą hermetyczność zamyka się na sporą część czytelników.
Nie wiem, nie wiem, bo jak ma zachwycać, kiedy nie zachwyca?





