“Kongres futurologiczny”, Stanisław Lem
Można antyutopie pisać jak Zamiatin, jak Orwell, jak Huxley, ale można też jak Lem. I choć groteska jaką jest “Kongres futurologiczny” bawi, to jednocześnie przeraża. A wszystko zaczyna się tak niewinnie, wraz z przyjazdem Ijona Tichy’ego na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny w jakiejś fikcyjnej bananowej republice.

Piramidalne nagromadzenie absurdów bawi już od samego początku, i to pomimo wszystkich zagrożeń przed jakimi stoi ludzkość, a które mają być na owym kongresie roztrząsane (katastrofy: urbanistyczna, ekologiczna, atmosferyczna, energetyczna, żywnościowa, technologiczna, militarystyczna, polityczna i wreszcie ostateczna). Bo na pozór przygody Tichy’ego są zabawne (och, w ogóle są), ale mają to swoje drugie dno. A ono zaczyna się odsłaniać wraz z chwilą, gdy Tichy smakuje wody kranowej w Hiltonie, a w Costaricanie wybucha rewolta skierowana przeciw władzom.
I tu następuje ciąg nieustających po sobie narkotykowych zwidów, w jakie popada Tichy wraz z innymi uczestnikami kongresu. Halucynacje wywołane są niekontrolowanym użyciem chemicznych środków, których zadaniem jest panowanie nad emocjami ludzkimi, przyczyniając się w ten sposób do uspokojenia nastrojów społecznych. Tyle że w rzeczywistości przynosi to rezultaty raczej odwrotne do oczekiwanych.
Mniej więcej połowa tej mikropowieści to nieustanna pogoń za kolejnymi halucynacjami Tichy’ego, z których każda następna wydaje się być coraz bardziej absurdalna. Wszystkie są nieodmiennie przezabawne – aż ciśnie się na usta pytanie czy Lem przypadkiem ostro nie eksperymentował z narkotykami pisząc “Kongres…”, bo kolejne wizje mają w sobie ogromną wiarygodność, jakby ktoś przed przelaniem ich na papier, przeżył je sam. Wszelkie tworzone przez niego neologizmy doskonale wpisują się tym samym w ten tok rozumowania, a to co wyczynia z językiem to creme de la creme.
O ile to schizo jest zabawne, o tyle później uśmiech pojawiał się na mojej twarzy rzadziej. Kiedy stan Tichy’ego nie dawał nadziei na poprawę zapada decyzja o jego hibernacji do czasu, aż znany będzie lek na wywołaną halucynogenami przypadłość. Obudzony w roku 2039, zaczyna spisywać dziennik i ciagle nie może oswoić się ze zmianami jakie zaszły na świecie. A świat oszalał. Kontroli chemicznej podlega każda dziedzina życia ludzkiego, od nauki przez sztukę do miłości, a Iljon nie może się z tym pogodzić. Próby odrzucenia powszechnej szczśliwości narzucanej w pokarmach nie przynoszą rezultatów, do czasu aż nie skontaktuje się z nim ten, kto za tym stoi.
Szczęście dla wszystkich i niech nikt nie odejdzie skrzywdzony? Oby nigdy nie w wersji z “Kongresu futurologicznego”… Nieuchronna katastrofa przesłaniana jest fikcyjnymi wrażeniami generowanymi przez środki halucynogenne, a społeczeństwo żyje w “błogiej” nieświadomości tego co się stanie. Pytanie, czy lepiej żyć w świecie Orwella, w którym sami tłumimy swoje uczucia, czy w przyszłości z “Kongresu futurologicznego”, w której ktoć zdecydował o tym za nas, podsuwając w zamian całkowicie nieprawdziwe, piramidalne wersje matrixowej rzeczywistości?





Zobacz także:

Jeden komentarz to ““Kongres futurologiczny”, Stanisław Lem”
Wprawdzie z Lema mam dość spore zaległości, ale akurat “Kongres futurologiczny” parę miesięcy temu czytałem. Z jednej strony miałem wrażenie, że czytam dwie róne książki – początek to groteska nieco w stylu Hellera, koniec to ponure zdzieranie masek ze świata w stylu Dicka. Z drugiej jednak strony przejście między tymi dwoma stylami odbywa się płynnie i zgrabnie, więc nie ma co robić z tego zarzutu. Bardzo dobra książka, ogólnie rzecz biorąc.
Zostaw komentarz