“Falstaff”, Robert Nye

Po mało przyjemnych wrażeniach z “Fausta” tegoż autora, do “Falstaffa” podchodziłem trochę jak pies do jeża. Nie oczekiwałem zbyt wiele i chyba dlatego też zaskoczenie pozytywne było, jakkolwiek niewielkie. Bo “Falstaff” to książka dobra, ale poziom przeciętności przekraczająca minimalnie.

Falstaff

Falstaff u Szekspira ginie, ale cóż to jest dla Nye’a? U niego ożywa i opowiada swoją historię inaczej. Spowiada się z własnego życia, pełnego rozpusty, zabaw i chwały – tak wyglądało życie Falstaffa wedługa Jana Falstolfa. Zazwyczaj takie postaci są chyba lubiane. Za swoją rubaszność, za chwalipięctwo, za tą swoją bezczelność, choć dla mnie chyba zawsze idzie to w parze z irytacją z powodu takich a nie innych cech nadanych bohaterowi – na szczęście wiadomo przecież od początku, że to jedna wielka blaga, demaskowana w trakcie powieści nie tylko przez jednego z “sekretarzy” Flastaffa, ale w końcu przez niego samego.

Zanim jednak do tego dochodzimy, śledzimy rozpustny żywot grubasa i … być może tylko w moim przypadku, szybko następuje przesyt. Bo brakowało mi tylko cytatu z Kochanowskiego (“Gdziem potem nie był? Czegom nie spróbował?”) – chwalipięctwo Falstaffa nie zna granic. Do tego dochodzi to świntuszenie, które szybko staje się męczące – Falstaff darował chyba jedynie owcom, choć na całe szczęcie nie musiałem co chwilę czytać o analnej penetracji jak w “Fauście”.

Wartością książki bez wątpienia jest to trudne słowo: intertekstualność, tyle że do czerpania prawdziwej satysfakcji z lektury konieczna jest znajomość większości dramatów Szekspira, a moja przygoda z tym poetą ogranicza się do raptem kilku z nich. Mimo to i mnie udało się rozpoznać coś niecoś z twórczości Szekspira, bo Nye czerpie z jego tekstów pełnymi garściami i albo swobodnie je przetwarza, albo wręcz czasami chyba przepisuje całe sceny. Ale nie tylko z Szekspirem warto się zapoznać, bo autor bawi się twórczością innych, począwszy od bodaj największego konkurenta, Marlowe’a.

Absolutnie fantastyczne jest za to tłumaczenie Piotra Siemiona. Nie mam co prawda porównania z oryginałem, ale jakość i zakres używanego języka, włącznie ze świetną stylizacją połączoną ze wspłczesnymi wstawkami daje cudowny wynik. Czyta się niesamowicie płynnie i bardzo przyjemnie czerpiąc czystą satysfakcję.

A jednak całość nie sprawia wrażenia bardzo dobrej książki. Postać Falstaffa, centralna przecież dla tekstu, szybko robi się męcząca, blagierstwo nuży, a ciągle powtarzane motywy nie tworzą dobrej powieści. Na dobrą sprawę, “Falstaff” mógłby być dla mnie o jedną trzecią krótszy, ale Jaś jest przecież gadułą…

***½

Posted on czerwiec 21, 2006 at 22:54 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione

6 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by CoSTa
    on 21/06/2006 at 23:43
    Permalink

    czytałem swego czasu a później ponownie. dla fenomenalnych opisów przeróżnej maści uczt :) . no w tym temacie nye pojechał po całości i serwuje dania przepięknie. takoż wielkie wrażenie pod względem literackim (fakt, tłumaczenie pierwsza klasa) zrobiły na mnie igraszki jasia z żonką na śniegu. przepięknie napisane. ogólne zaś wrażenie – przyjemna acz nie porywająca lektura.

  2. Written by Maciej Majewski
    on 22/06/2006 at 00:04
    Permalink

    A właśnie. Zapomniałem napisać, że wrażenie robiły na mnie coraz to nowe określenia na: penisa, stosunek seksualny itd. Pod tym względem Nye ma niewyczerpalną wyobraćnię – całe szczęście, że tłumacz miał nie mniejszą.

  3. Written by badger
    on 19/07/2006 at 13:02
    Permalink

    Jaś FASTOLF!!!
    U RN Falstaff też umiera. Na łożu, w towarzystwie pasierba. Jeśli czytałeś książkę uważnie, nie mogłeś nie zauważyć, że zycie Falstaffa nie składało się z samych wesołych momentów. I że potrafię wykazać się odwagą, jeśli tylko uznał, że takie wykazywanie się było w jego interesie.
    Pominąłeś też zupełnie metafizyczną warstwę jego losów. Nie mówiąc o metaforze, jaką było życie Jasia Fastolfa. Ech młodzieży… Mam nadzieję, że za parę latek wrócisz do tej książki. Warto tak wracać, nie tylko do tej jednej, co pare lat.
    I szkoda, że nie słyszałeś tejże historii Falstaffa pióra Roberta N. czytanej przez Kowalewskiego. Mistrzostwo świata!
    A co do Fausta, to w pełni się zgadzam – aż się nie chce wierzyć, że to ten sam człowiek napisał. Podobnie jest z Arthur Rex, tegoż autora.
    Pozdrawiam

  4. Written by Maciej Majewski
    on 04/08/2006 at 20:56
    Permalink

    Jego życie wg mnie w ogóle nie składało się z wesołych momentów. Albo inaczej – nie da się tego stwierdzić, bo cała ta opowieść to jedna wielka blaga. Na dobrą sprawę nic no Falstaff opowiada nie jest raczej prawdę. Ba, nawet to co jego pasierb wypisuje też jest mało prawdopodobne.

    Ale szczerze mówiąc wątpię, że do tej książki wrócę. Jakoś Nye mi nie podchodzi.

  5. Written by marcior
    on 28/01/2007 at 13:14
    Permalink

    Uwielbiam Falstaffa, uwielbiam Fausta i uwielbiam Roberta Nye’a! uważam, żef facet jest genialny! :) ))

  6. Written by wypogodzona
    on 10/02/2007 at 14:03
    Permalink

    Masz rację “badger”, młodzież czyta książki powierzchownie , odczytuje zazwyczaj pierwszy ich poziom znaczeniowy. No ale cóż , aby delektować się w pełni utworem , także samemu należy wznieść się na wyższy poziom edukacji literackiej.

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply