Czy internetowe recenzje są opłacone?

Przypuszczam, że każdy trafił na jakąś recenzję opublikowaną w internecie, która sprawiała wrażenie “opłaconej”. Na pewno ja sam się nad tym zastanawiałem, nie raz i nie dwa. O ile jestem pewien, że i w regularnej prasie niektórzy krytycy nie mogą się oprzeć pokusie dorobienia do pensji, to łatwość “publikowania” w internecie sprzyja chyba o wiele bardziej generowaniu sztucznego szumu wokół niektórych produktów, przy czym wiarygodność wielu takich recenzji jest dla mnie niższa niż w klasycznej prasie. I w zasadzie jak miłościwie nam panujący Andrzej L. mógłbym tylko zapytać, czy to prawda, że to prawda?

Via ten wpis dotarłem do gorącej dyskusji, jaka rozpętała się na blogu Emerald City po tym jak jedna z edytorek wyczytała na jeszcze innym blogu, że publikowanie linków do programu partnerskiego Amazon.com czy jakiegokolwiek innego tuż obok recenzji konkretnego produktu jest mówiąc oględnie “moralnie be”. O ile przeciwko temu raczej nic nie mam, to kwestia uczciwości rozciągnęła się na kilka zdań z jednej recenzji internetowej:

Just like everyone else, I am rather suspicious of hype. As soon as I hear something is the best new thing ever I start to wonder what?s wrong with it. Sometimes, as in the case of Jonathan Strange and Mr Norrell, the praise seems warranted. Far more often I want to know how the reviewer was bribed to tell me such lies.

Kwestia pierwsza, napisał to recenzent internetowego zina, który akurat niektórym za recenzje płaci i nie jest to żadną tajemnicą.

Kwestia druga to, pomijając fakt, że o gustach się teoretycznie nie dyskutuje (nawet jeśli to jeden z najbardziej kretyńskich truizmów), to że bombardowany wszechobecną atmosferą posądzeń o przynależność do układu i spisku, naprawdę zastanawiam się, czy faktycznie niektórzy recenzenci, nawet nieświadomie dają się w jakiś sposób skorumpować. I nawet nie chodzi tu o wymierne korzyści finansowe, ale raczej o sam fakt, że poczuwają się w jakimś błędnie pojmowanym obowiązku do pochwalenia książki/płyty/filmu otrzymanej do zrecenzowania, nawet jeśli według jakiś powszechnie ustalonych standardów, to po prostu zwykła nędza. Szybko zrobiłem w pamięci przegląd różnych internetowych stron z recenzjami, które zwykłem odwiedzać i wyszło na to, że wśród zalewu krytyków, jest tylko jedna osoba, której ocenom i gustom ufam. A krańcowym przykładem strzelania sobie w stopę, jest dla mnie praktykowane gdzieniegdzie otwarte dziękowanie wydawcy za udostępnienie egzemplarza produktu do recenzji… I do licha jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby taki towar w skali 1-10 uzyskał wtedy ocenę niższą niż 7 czy nawet 8. Ja wiem, że mogę mieć specyficzny gust, ale coś musi być ze mną naprawdę nie w porządku, jeśli w dużej części takich przypadków oceny mam prawie odwrotne… Nieżyjący już niestety Tomasz Pacyński, redaktor naczelny sieciowego Fahrenheita, napisał kiedyś, że otrzymując od wydawcy książkę do recenzji, nigdy nie podpisują żadnych zobowiązań do opublikowania pozytywnej recenzji, ale Fahrenheit akurat dzięki swojej renomie może sobie na to pozwolić. Mało tego, jeśli dobrze sobie przypominam, to nadesłane przez wydawców książki mają trafiać później do biblioteki jednego z klubów fantastyki. Tyle, że to chyba jednak raczej wyjątek niż reguła, a powstające coraz to nowe portale tematyczne takiej karty przetargowej nie mają. Czy dziwnym jest w takim razie, że bodaj w usenecie pojawiają się później rzucane “mimochodem” uwagi o tym, że serwisy takie tworzone są tylko po to, żeby od wydawców wyciągnąć darmowe książki czy gry?

Kwestia trzecia, cytat z początku wpisu pochodzi z recenzji książki “The Lies of Locke Lamora”, która rzeczywiście w blogosferze czytelników fantastyki, ma nadspodziewanie dobrą passę. Nie będę wyrokować, czy to przypadek czy nie, a na pewno nie do czasu aż dotrze do mnie zamówiony wczoraj egzemplarz tej książki. Wtedy się przekonam, czy 75 zł poszło w czambuł.

Zresztą sam już nie wiem co o tym myśleć (powiedział M. pociągając z kufla).

Posted on czerwiec 26, 2006 at 22:45 by Maciej Majewski · Permalink
In: O książkach w sieci, Varia, Znalezione w sieci

13 Responses

Subscribe to comments via RSS

  1. Written by Cintryjka
    on 26/06/2006 at 23:00
    Permalink

    Czuję się poniekąd wywołana do tablicy:) WP za recenzje nie płaci. Książki, owszem, wysyła. Ale, i może w tym tkwi geneza zawyżonych ocen, recenzenci wybierają je sami. Za innych się nie wypowiem, mogę za siebie – na liście swzukam tytułów a) znanych mi i cenionych przeze mnie autorów b) takich, które znajomi mi zarekomendowali. Stąd rzadko bywam rozczarowana.
    WP recek nie cenzuruje, puścili mi nie raz i nie dwa ostrzejsze teksty – vide Nocarz, z ostatnich rzeczy.
    W Fahrenheicie to w ogóle jest fajnie, bo można pisać, co się chce:) Vide – Achaja 3.

  2. Written by Maciej Majewski
    on 26/06/2006 at 23:07
    Permalink

    A komentarze pod twoimi recenzjami w WP wymiatają. Co akurat dla mnie jest dowodem na to, że nie ma żadnych przekrętów, tylko pisze się to, co naprawdę się sądzi.

  3. Written by Zamorano
    on 27/06/2006 at 12:52
    Permalink

    Równie zabawnie / zagadkowo bywa gdy domorosły krytyk ubiera się w szatki walczącego z kliką / układem / towarzystwem wzajemnej adoracji etc. To jest przykład z rynku komiksowego. Jest taki jeden pan, zdaje się naczelny czy wydawca “Magazynu Fantastycznego”, który drukował u siebie w tym magazynie shorty komiksowe. Shorty te generalnie przez tzw. fandom i tzw. środowisko zostały IMVHO słusznie zjechane jako w większości amatorska chała. No i zaczęło się. “Krytyk” rozpoczął swój quest, świętą wojnę z “komiksowym salonem”. Głównie na subforum komiksowym Nowej Gildii, oraz w znacznie mniejszym stopniu na Forum Fahrenheita. Zaczął uprawiać “publicystykę” komiksową w myśl zasady “sam przeciw wszystkim”, przy okazji ujawniając pokłady totalnej niekomeptencji jeśli idzie o znajomość sztuki komiksu. Można by rzecz “każdy ma swoje gusta, z którymi się nie dyskutuje”.W przypadku tego pana najlepsza riposta będzie ta z paska “Ke” : Owszem, ale pewne podstawy wypadałoby zdobyć już w podstawówce :) Jego “dyskujse” o Arcie Spiegelmanie i “Mausie”, o serii “Murena” i wielu innych tytułach to “śmiech pusty”. Nie chodzi tu o osobiste oceny czy odbiór tych tytułów na poziomie dobry – zły, podoba się nie podoba się nawet, ale o rozumienie tak podstawowych spraw jak konwencja graficzna, czy literacka danego dzieła czy też przynależność gatunkowa, rola w historii komiksu danego tytułu i tak dalej… Oczywiście jak to na komiksowej Gildii, klimat jest taki, że niekompetencja ubrana w szaty “publicysty komiksowego” budzi tylko szyderstwo i śmiech userów, często faktycznie bardzo znanych i “prominentych” w komiksowym fandomie. W związku z tym delikwent zamyka się dalej w swej “oblężonej twierdzy”, a ktokolwiek się z nim nie zgadza, choćby był osobą jak najbardziej anonimową, ktora w życiu na konwencie czy festiwalu komiksowym nie była jest z punktu przypisywany do komiksowego “układu”, “towarzystwa”, “grupy bezmyślnych zauszników Karola Konwerskiego, Mykupyku, Obważanka, Kołodziejczaka itd.”, a delikwent wkrótce uraczy nas esejem “niezbicie udowadniającym ponasd wszelką wątpliwość”, że Dąbrowski i jego “Likwidator” to “dzieło wcszechczasów komiksu w Polsce”. Wszyscy czekamy wstrzymując oddech ;)

    Co do nietetycznych recenzji w necie. Niestety e – zin “Avatarae” jest tutaj dla mnie ostatnio takim przykładem i nie chodzi oczywiście o Twoje teksty. Myślę, ze trudno tu tez mówić o gustach z, którymi się nie dyskutuje.Takie spory moga dotyczyć tego czy “Zabawa w ciebie” to świetny Sandman czy raczje słabszy itd.. A mi konkretnie w tym miejscu o recenzje powieści pewnego hiszpańskiego grafomana Molista W obu przypadkach jego grafomańskie powieści dostały 8 / 10. Avatarae ma oczywiście patronat medialny nad tymi książkami…

    “Jorge Molist stworzył bardzo ciekawą powieść, pełną wydarzeń, szybko rozwijającej się akcji, pisaną w dobrym stylu, lekkim piórem. “Pierścień” niejednokrotnie zaskakuje czytelnika, niekoniecznie emocjonującymi scenami walk, ale intrygującym sposobem prowadzenia akcji. Niewielu autorów potrafi tak sprawnie łączyć przypominanie o dawnych wydarzeniach z wartką akcją i sensacyjną fabułą.”

    Zwyczajnie nie wierzę, że to jest napisane z szczerego serca… Być może to taka własnie lojalność wobec wydawcy związana z tym patronatem ? Być może wyjątkowo oczytany przecież recenzent sam siebie usiłuje przekonać do tego co sam napisać o tej czystej grafomanii ?
    Oto wyimek z tego “dzieła” :
    “Jakże się cieszyłam, że tej facetce się nie udało! Pomyślałam sobie, że tej jaszczurce uda się spotkać tam, w ciemnym lasku jakiegoś węża, który zaspokoi jej wściekłą macicę. (…) Nagle przyszło mi do głowy pytanie:Czyżby jednak był homoseksualistą ? Jasne, że jest, bo tylko w ten sposób da się wytłumaczyć, że mężczyzna może się oprzeć takiej dziewczynie.A potem zadałam sobie pytanie:A może jestem idiotką ?”. Sam sobie Vanin odpowiedz jak to 8 / 10 ma się do rzeczywistości… Tutaj znajdziesz więcej smakowitych cytatów :
    http://www.dami.pl/~kamil78/pier

    Jeśli to za mało to chętnie zacytuję więcej, niech dzieło broni się samo ;) Nawet Pereze Reverte czy Gaiman chyba na Avatarae nie mają tak dobrej “prasy” ;)

  4. Written by Aseł
    on 27/06/2006 at 15:11
    Permalink

    Jezu, Kamil, zabiłeś mnie :D

  5. Written by Pawel
    on 27/06/2006 at 17:30
    Permalink

    Zajmuje sie pisywaniem recenzji do magazynu internetowego Bosko.pl. Nigdy nie mialem zadnych problemow z wydawnictwami, ktorych ksiazki zjechalem w recenzjach. Co prawda recenzji pozytywnych mam na swoim koncie wiecej, ale to dlatego, ze starannie wybieram ksiazki, ktore recenzuje. Bo dzialamy bardziej na zasadzie polecania dobrych pozycji, a nie recenzowania wszystkiego (nie jestesmy portalem o literaturze).

  6. Written by Maciej Majewski
    on 27/06/2006 at 18:31
    Permalink

    Zamorano, jeśli dobrze pamiętam, to w Avatarae ostatni raz co najmniej rok temu coś pisałem. Jakoś tak się złożyło, że przez pewien czas nie czytałem żadnych nowości, a jak coś nowego skończyłem, to i tak już było zrecenzowane. Aż koniec końców stanęło na tym, że przestałem im w ogóle cokolwiek wysyłać i wszystko wrzucałem na blogu.

    Ale co do samej wiarygodności, to zwalałbym winę raczej na konkretnego recenzenta, a nie na sam zin, bo pamiętam jak dawno temu podsyłałem im moją opinię o drugim tomie przygód księżniczki na literę A i trochę żartobliwie, a trochę złośliwie zapytałem się Tomka, czy w ogóle taką reckę puści, skoro Avatarae patronuje książce. Odpowiedć była krótka i jednoznaczna – nie bali się tego, a i samo wydawnictwo nie stawiało żadnego warunku co do wymowy recenzji.

    Problem nie jest raczej “instytucjonalny”, że się tak wyrażę, i nie ma (mam nadzieję) żadnych odgórnych nakazów co do zawartości recenzji. Bardziej stawiałbym na to, że recenzent rozpuszczony darmowymi tekstami czy płytami tudzież grami, po prostu w jakimś stopniu boi się utracić takie, co tu dużo mówić, wygodne źródło damowej rozrywki. I dlatego stara się w jakiś sposób przypodobać sponsorowi.

    Inną sprawą jest jakość recenzji, nawet oderwana od ew. zobowiązań w stosunku do wydawcy. TYle, że dobrych recenzentów jest bardzo, ale to bardzo niewielu, a cała reszta się albo bawi, albo robi z siebie głupców pokazując własną ignorancję.

    Pawle, nie sądzę że jakiekolwiek poważne wydawnictwo będzie sekowało danego krytyka za to, że zjechał jakąś książkę w przypadku kiedy sam ją kupił/pożyczył etc. Mój tok rozumowania dotyczył tych przypadków, kiedy to wydawca daje egzemplarz recenzencki i to sam recenzent stara się w taki nieszczęśliwy sposób, zaskarbić sobie wdzięczność sponsora.

  7. Written by Pawel
    on 27/06/2006 at 19:37
    Permalink

    Alez ja wlasnie o tej sytuacji pisze – wszystkie recenzowane przeze mnie ksiazki dostaje z wydawnictw jako egzemplarze recenzenckie.

  8. Written by Zamorano
    on 27/06/2006 at 20:17
    Permalink

    Ależ proszę bardzo Aśle :) Dla mnie i Stelli to w pewnym sensie już dzieło kultowe ;) A sformułowania typu “prokreacyjne uniesienia”, “co za historia !” czy “robią to z pasją skumulowaną czekaniem” ;) weszły do naszego codziennego języka ;)

    W tym przypadku w ogóle wydawnictwo IMVHO robi dość ordynarną promocję. Prosty przykład. W materiałach promocyjnych podaje jaki to autor hitów wydawniczych w Hiszpanii z tego Molista i jak nagradzany. Otóż sprawdziłem źródło tak podstawowe jak WIKI. Facet nie ma hasła w Wiki hiszpańskiej. Nie ma go również w Wiki katalońskiej i Wiki baskijskiej. Mocno wątpliwym jest iż topowy autor, który na listach hitów wydawniczych rzekomo ściga się w Hiszpanii z Brownami tego świata nie miałby choćby jednej krótkiej notki o sobie. Co do tego czy “Pierścień” zdobył nagrodę Alfonsa X Mądrego też trudno powiedzieć gdyż raz wydawca podaje, że zdobył innym razem, że był tylko finalistą. Oczywiście to co wydawca pisze, że to superprestiżowa nagroda w Hiszpanii też należy między bajki włożyć (wszystkie 3 wymienione wyżej Wiki – “null” w tym temacie,). A prestiżowych nagród dla hiszpańskojęzycznej literatury trochę jest i w tych trzech wiki swoje hasła mają. Tak się tworzy czysto medilane fakty nie mające większego pokrycia w rzeczywistości.
    Dla mnie osobiście te dwie 8/10 w Avatarae dla grafomanii Molista (przyznaję, że “Katarów” nie czytałem ;) ) jest cokolwiek zdumiewające. Bo ta grafomania po kilku przeczytanych stronach bije po oczach :]

    “”Lubię towarzystwo mężczyzn, ale denerwują mnie, kiedy chcą ograniczać moją wolność, żądając więcej i więcej. Wtedy mam dość i zrywam.” – o na przykład takie coś bodaj na 2 czy 3 stronie ;)

    “Pierwszy pierścionek, w którym iskrzył się wspaniały brylant, otrzymałam od Mike’a, chłopaka, z którym chodziłam od ponad roku. Prawdziwy sukces!” – 2 drugi akapit pierwszej strony :D
    ” Tak, to ja ” odpowiedziałam i się uśmiechnęłam. Ten chłopak zaraz mi zaśpiewa happy birthday. I prawdopodobnie wykona striptiz, by zademonstrować nam swoje mizerne muskuły, ukryte pod skórzanym ubraniem. To niespodzianka, jaką mi zapewne sprawiła któraś z moich przyjacióek, może Linda, albo Jennifer. Byłoby zabawnie. Osobnik zrobił pauzę, rozsunął zamek swojej kurtki, a kiedy myślałam, że ją zdejmie, z wewnętrznej kieszeni wyciągnął paczuszkę. Goście zbiegli się do nas, rozbawieni, podnieceni i trochę pijani.” – dalej pierwsza strona :D

    ‘ Musimy ustalić datę ‘ powiedział Mike.

    ‘Datę?’

    ‘Tak, oczywiście. Datę ślubu ‘ patrzył na mnie zdumiony moim roztargnieniem.

    ‘Tak, oczywiście ‘ odpowiedziałam zamyślona. ‘Gdzie ja mam głowę’ Po zaręczynach musi być ślub? ‘ rozważałam. ‘A Mike dał mi pierścionek dlatego, że chce się ze mną ożenić. A ja powiedziałam tak dlatego, że ja też tego chcę’. – ot śliczny dialog z trzeciego rozdziału :D
    Swoją droga zrobić taką promocję zwykłej grafomanii, kiedy tyle naprawdę dobrej literackiej rozrywki nie może na nią liczyć :)

    A teraz poczytajcie recnezje z E Zinu :
    http://www.avatarae.pl/32/Ksiazka/ksiazka39.html

    http://www.avatarae.pl/37/Teksty/tekst77.html

    Ja się cokolwiek tymi notami zdziwiłem ;) Cóż patron medialny to patron medialny ;)

  9. Written by Alakhai
    on 28/06/2006 at 12:57
    Permalink

    Co do “The Lies of Locke Lamora”: wprawdzie ze względu na pilną robotę (drugi tom “Zakonu Krańca Świata”) musiałem lekturę tej książki chwilowo przerwać, ale po przeczytaniu około 1/4 mogę się podzielić pierwszymi wrażeniami. Otóż moim zdaniem dość bliski prawdy był Andrzej Miszkurka, gdy porównywał Lyncha do Sapkowskiego – obaj (SL i AS) nie odkryli wprawdzie żadnej Ameryki w kwestii kreacji świata ani w kwestii fabuły, za to obaj tworzą fajnych bohaterów i znakomicie posługują się językiem. Lyncha się po prostu świetnie czyta – rewelacyjnie napisana rozrywka, może bez aspiracji do bycia Czymś Więcej, ale i tak zdecydowanie warto.
    Aha, jeszcze jedno: widać wyraźnie, że Lynch to Anglik, a nie Amerykanin :-) Już sam zasób słownictwa wyraźnie na to wskazuje, a np. niektóre kwestie Thiefmakera z prologu nieodparcie przywodziły mi na myśl pana Croupa z “Neverwhere”.

    Co do “Avatarae”: przestałem ich czytać już jakiś czas temu, a powodów jest kilka. Po pierwsze, ci recenzenci, których najbardziej lubiłem czytać (np. ty czy Anneke), przestali się udzielać. Po drugie, nie cierpię recenzji pisanych przez naczelnego i jego żonę (merytorycznie i językowo mocno wątpliwe), a zaczęło ich być coraz więcej. Po trzecie, skądinąd wiem, jak naczelny pracuje – książki czyta w biegu, recenzje pisze bez namysłu w ostatniej chwili, wszystko robione na odczepnego, żeby tylko wrzucić do netu i załapać się na następne pozycje. I wreszcie – last but not least – wiem o przypadku, gdy recenzent dostał polecenie ocenienia książki, przeczytał, zjechał ją równo (dał 2/10), a naczelny tego w ogóle nie puścił, bo najwidoczniej bał się zadrzeć z wydawcą. To była kropla, która przelała czarę – od tamtej pory już na ich stronę nie zaglądam. To, co Zamorano pisze o ich ocenach Molisty, dość dobrze wpasowuje mi się w obraz tego zina. Nevermore, jak mawiało pewne ptaszysko.

    Aha, włazidupstwo recenzentów się zdarza, jasne, ale wydawnictwa też nie są bez winy. Pamiętam np., jak Achmed z Katedry się skarżył na zdecydowane pogorszenie stosunków z pewnym wydawnictwem po tym, jak zjechał ich książkę w recenzji. Inna sprawa, że było to jeszcze za czasów, gdy sekretarzem redakcji w owym wydawnictwie była dość, ekhm, dziwna osoba, która na szczęście juź od dawna tam nie pracuje i więcej problemów nie stwarza – dzisiaj zapewne sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.

    No i uwaga ogólna: wprawdzie ogólna pozycja i wypracowana marka zina jak najbardziej się liczą (np. dużo większym zaufaniem darzę teksty z “Esensji” niż z “Avatarae”), ale tak naprawdę najważniejsza jest osoba konkretnego recenzenta i zgodność/niezgodność jej gustów z moimi. Dwa przykłady:
    1) Achikę prywatnie znam i bardzo lubię, jednak jej recenzje w “Esensji” traktuję ze sporą rezerwę – nie dlatego, żebym podejrzewał ją o jakąś nieuczciwość, tylko dlatego, że po prostu jej gusta są dość mocno odmienne od moich i to, co jej się podoba, ma niewielką szansę, żeby spodobać się mnie. Odwrotnie z Erykiem Remiezowiczem – jego opiniami mogę się kierować niemal w ciemno, bo gusta mamy bardzo podobne.
    2) Bliźniaczą sytuację mam z Anime Academy – Madoka jest niewątpliwie bardzo kompetentna i nie posądzam ją o żadne włazidupstwo, jednak gust ma na tyle różny od mojego, że jej recki czytam głównie z czystej ciekawości. Odwrotnie z Kainem – ten ma gust bardzo zbliżony do mojego i często kieruję się jego opiniami przy wyborze pozycji do obejrzenia.

  10. Written by Alakhai
    on 28/06/2006 at 13:19
    Permalink

    nie posądzam o żadne włazidupstwo

    Erm, tam “jej” miało być (dopełniacz, nie biernik)… Tak to jest, gdy się szybciej pisze niż myśli :-/

  11. Written by Maciej Majewski
    on 28/06/2006 at 14:17
    Permalink

    Ha! Nadszedł wreszcie ten dzień? ;)

  12. Written by Arieen
    on 06/10/2009 at 12:47
    Permalink

    “A krańcowym przykładem strzelania sobie w stopę, jest dla mnie praktykowane gdzieniegdzie otwarte dziękowanie wydawcy za udostępnienie egzemplarza produktu do recenzji… I do licha jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby taki towar w skali 1-10 uzyskał wtedy ocenę niższą niż 7 czy nawet 8.”

    Hmmm, może źle zrozumiałam ten fragment, ale moim zdaniem akurat podziękowanie wydawcy za przesyłanie egzemplarza, albo bardziej neutralne umieszczenie o tym informacji, nie jest naganne. Wręcz przeciwnie: czytelnik ma prawo wiedzieć, że recenzent dostał jakieś wynagrodzenie (w tym wypadku możliwość zachowania egzemplarza) za swoją recenzje, bo to może (nie powinno, ale wiemy jak jest) wpływać na wysokość wystawianej przez niego oceny.

  13. Written by Najlepsze konto
    on 11/11/2009 at 15:54
    Permalink

    Nie było by problemu gdyby jasne było co jest opłacone bądź poparte gratisem dla autora a co naprawdę jest wynikiem chwilowej autora fascynacji książką

Subscribe to comments via RSS

Leave a Reply