“Cmentarzysko bezimiennych statków”, Arturo Perez-Reverte
I kiedy już wydawało się, że Perez-Reverte całkowicie przestał mnie ciekawić, pożyczyłem od znajomych “Cmentarzysko bezimiennych statków”. Pomyślałem sobie, że Reverte ma jednak talent do budowania sensacyjnych czy przygodowych historii w oparciu o dużą dawkę historycznych bądź pseudohistorycznych faktów, więc dlaczego by nie spróbować jeszcze raz, zwłaszcza że marynistyka (i skarb) będzie jednym z głównych bohaterów?

Pierwsze wrażenie, choć niezbyt merytoryczne, było pozytywne – grubość książki zapowiadała długą lekturę. Drugie wrażenie również nie było złe – w końcu jako dziecko uwielbiałem czytać książki o morzu i o odkrywanych skarbach, a to Reverte obiecywał dostarczyć. Tylko że im głębiej wczytywałem się w karty powieści, tym bardziej uświadamiałem sobie, że jednak z poznanej twórczości Pereza-Reverte, pamiętać będę chciał tylko “Klub Dumas”.
Na pewno jednak autor uniknął tego błędu, który popełnił przy pisaniu “Szachownicy flamandzkiej”, czyli fatalnego rozłożenia akcentów w powieści. Tutaj fabuła rozwija się tak jak powinna, czyli do istoty dochodzimy na końcu, a nie w 2/3 książki, dzięki czemu napięcie (jeśli można o takim mówić) nie “siada”. Do ostatnich stron książki rozgrywa się akcja i to jest plusem “Cmentarzyska…”. Niestety pozostaje pytanie o samą “akcję”, bo tej na ponad pięciuset stronach jest niewiele. Na dobrą sprawę dawno nie czytałem równie rozlałej powieści – jestem przekonany, że tekst możnaby skrócić o jedną trzecią bez żadnego uszczerbku, za to zdecydowanie poprawiłoby to wrażenia.
Kolejnym minusem są jednowymiarowe postaci, do bólu wprost irytujące – zwłaszcza naiwny marynarz Coy, którego całkowite nieprzystosowanie do życia poza pokładem statku jest wręcz na swój sposób fascynujące. Prostolinijny, naiwny i do tego raptus gotowy pojawiające się zagrożenia rozwiązywać ciosem w nos, daje się wodzić za nos rozsiewającej dookoła feromony, piegowatej Tanger, inicjatorce poszukiwania skarbu. To że na samym końcu inteligentna i wyrachowana dama go zdradzi jest jasne od samego początku, zresztą wprost daje to do zrozumienia, jednak właśnie przez to znakomicie osłabia całe napięcie i przyjemność z zaskoczenia, jakie mogłem czerpać z lektury.
O ile (generalnie) rozplanowaniu fabuły nie mam nic do zarzucenia, to Reverte poległ na tym, co mogłoby być chyba najbardziej fascynujące, czyli połączeniu sensacyjno-przygodowej fabuły z wiedzą historyczną i marynistyczną. Naładowanie książki skrajnie szczegłową momentami wiedzą pokazuje, że autor solidnie odrobił pracę domową i naprawdę przygotował się merytorycznie, jednak zupełnie nie potrafił tego umiejętnie wpleść w treść książki. Bardzo tego żałuję, bo, co tu duzo ukrywać, liczyłem na to, że będzie inaczej i ta magia morza będzie się płynnie przeplatać z fabułą, tymczasem czasem czytając całe fragmenty tekstu miałem wrażenie jakby były przepisanym podręcznikiem.
I nawet sympatyczne nawiązanie do bohatera “Klubu Dumas” i cały pomysł na książkę (historia zatopionego statku) nie potrafiły zatrzeć jakiegoś niesmaku…






on 12/06/2006 at 03:48
Permalink
Co do “Cmentarzyska…” zgoda – mnie też ta książka w sumie rozczarowała, i to mniej więcej z tych samych powodów, o których pisałeś. “Szachownicy flamandzkiej” nie czytałem, więc się nie wypowiadam, za to polecam “Fechtmistrza” i “Królową południa” – obie całkiem niezłe, szczególnie ta druga. Aczkolwiek numero uno wciąż pozostaje dla mnie “Klub Dumas”, podobnie jak dla ciebie
on 12/06/2006 at 11:15
Permalink
Polecam Królową południa – nietypowa, jak na Reverte, ale bardzo dobra. Oraz quasi-reporterskie Terytorium komanczów – cieniutkie, ale IMHO perełka.
on 12/06/2006 at 19:37
Permalink
Uważałam “Cmentarzysko…” za rzecz słabą. Teraz, po całkowicie przypadkowym i nieopacznym nieporozumieniu jakim było przeczytanie “Pierścień. Spadek po ostatnim templariuszu” J. Molista (też poszukiwanie skarbu i też jest słona woda w tle. No przynajmniej przez moment) jestem skłonna uznać, że “Cmentarzysko…” jest powieścią wspaniałą i należy ją wychwalać pod niebiosa. Jest tylko słabe jak na Pereza – Reverte.
Za to pozytywnie przyjmuję ten stereotyp złej kobiety i silnego, twardego mężczyzny, który pada jej ofiarą jak naiwny dzieciak. Jak na stereotyp – zakładam że świadomy – to jest to niezłe, klimatyczne. Nie potrzeba mi tutaj łamania stereotypu. Jest to w innych powieściach tego autora.
on 07/01/2007 at 23:28
Permalink
nie potrafię się zgodzić z przedmówcami. uważam, że “cmentarzysko…” jest najlepszą książką Hiszpana. Nie jest rozwlekła, jest taka, jak powinna być. To, że autor skupił się na relacji Coy – Tanger było świetnym wyjściem. Idealnie pokazał, że cała historia jest tylko pretekstem do postmodernistycznej zabawy z czytelnikiem. Mnóstwo jest tu odniesień do książek już napisanych, przez co uważny czytelnik nie pozostanie niezaspokojony. Akcji faktycznie jest niedużo, ale to wcale książce nie ujmuje. Hiszpan skupił się raczej na tych krótkich fragmentach, które czasem potrafią zadecydować o biegu wypadków, wskazał na fakt, że często sama historia jest przypadkowa, a najważniejsze są w niej krótkie chwile pomiędzy sekwencjami. Postaci narysowane są bardzo zręcznie. Poza Coyem są trochę schematyczne. Ten ostatni jest jednak wyśmienity, cała jego historia ukazana jest poprawnie, szczególne zdają się być jednak te momenty, kiedy słucha on jazzu, dotyka nosa czy też uparcie mówi, że interesują go książki tylko o morzu.
Perez jest cholernie dobrym warsztatowcem. A poza samą historią ma też trochę do powiedzenia.
Proszę mnie zrozumieć; nie jestem zwolennikiem tego typu literatury. Nie mogę zdzierżyć większości tego typu książęk. Ostatnio – choć to rzecz trochę inna – zmierzyłem się z “Afgańczykiem” Forsytha i przegrałem. Przegrałem, bo to badziew był. Muszę jednak przyznać, że Hiszpan robi rzecz dobrą. Literaturę przygodową ożywił, napełnił ją krwistymi postaciami, intertekstualnością i grą z odbiorcą, która wcale nie ogranicza się do rozwiązania zagadki tkwiącej w książce przed przeczytaniem połowy.
Jeśli ktoś się nie zgadza, uduszę
on 01/01/2010 at 23:35
Permalink
Też się nie zgadzam z negatywną opinią, ale z nieco innych, bardziej osobistych powodów. Dla mnie niewątpliwym atutem ‘Cmentarzyska’, atutem który całkowicie w mojej opinii zagłusza niedociągnięcia typu niezbyt zaskakująca fabuła, są wypowiedzi dotyczące morza. Każdy kto pływa po morzu, bez problemu dostrzeże ich magię i głęboką prawdę w nich zawartą, oczywiście pod warunkiem że nie pływa z powodów czysto finansowych. Dla mnie- książka mistrzostwo.