“Opowieści o pilocie Pirxie”, Stanisław Lem
Należę do tych osób, które skrzywdzone w szkole podstawowej przymusem czytania Pirxa i “Bajek robotów” na dłuuuugi okres czasu znienawidziły science fiction, a nazwisko Lema jawiło im się jak najgorszy koszmar. Już kilka lat temu po dobrowolnie przeczytanej książce Lema przekonałem się jak wielki to był błąd, ale “Opowieści o pilocie Pirxie” wciąż mnie odrzucały. Trauma z dzieciństwa jednak była silna. Aż wreszcie się przemogłem i dzień przed śmiercią autora rozpocząłem lekturę.

Pytanie czy warto, jest, bo musi być, czysto retoryczne. Po raz kolejny okazuje się, jak błędne może być pierwotne wrażenie[1]. To tylko kolejny dowód na to, by nie zważać na literackie uprzedzenia z przeszłości…
Dziesięć opowiadań to na dobrą sprawę nie tylko przekrój gatunków (jest i horrorowaty “Terminus”, i na poły kryminalne “Ananke”, i rozrywkowy “Test”), ale także, a może przede wszystkim przekrój życia człowieka i jego zmagań z technologią i problemami jakie powoduje. Otóż właśnie. Kiedy wydawałoby się, że rozwój pomoże w pokonywaniu trudności, Pirx ciągle staje przed kolejnymi wyzwaniami, z których każde jest skutkiem zetknięcia człowieka z maszyną.
Gdyby pominąć pozornie urocze “Test” i “Opowiadanie Pirxa”, to każdy z pozostałych tekstów jest gorzki, żeby nie powiedzieć smutny. Och, w zasadzie człowiek koniec końców w jakiś sposób zatriumfuje nad maszyną, ale za jaką cenę (“Terminus” tudzież “Polowanie”)! Historyjki o Pirxie mają dużo wspólnego z tekstami Dicka – nieustannie przewija się ten sam motyw: kiedy maszyny stają się z pomocników zagrożeniem i jaka jest cena postępu, a zwłaszcza uzyskania przez roboty świadomości.
Lem stosuje masę pojęć fizycznych, koncepcji których nigdy nie zrozumiem, jednak przyjmuję je na wiarę, nawet jeśli ktoś jest w stanie obalić ich prawdziwość. Wynagradzane jest to wspaniałym językiem (nie tylko w tym był Mistrzem), piękną polszczyzną, bardzo dobrze konstruowanymi dialogami i wspaniałą plastycznością opisów (przebijanie się przez pierścienie Saturna w “Rozprawie”). Każde, ale to każde z opowiadań w zbiorku jest doskonałym materiałem na niebanalny film, w którym efekty specjalne z pewnością będą stanowiły dobre uzupełnienie treści jaką teksty niosą. Bo właśnie ta ostatnia, zawsze świetnie spuentowana, wysunie się na pierwszy plan, a w pamięci tkwić będą smutne obrazy z “Terminusa” czy “Polowania”. Nawet kiedy Lema brak.





Zobacz także:

Komentarzy (8) to ““Opowieści o pilocie Pirxie”, Stanisław Lem”
Ja miałem podobnie – we wczesnym dzieciństwie niepotrzebnie zabrałem się za Lema i na długi czas się zraziłem. Na szczęście po latach spróbowałem ponownie – efekt jest taki, że gdyby ktoś mi kazał zabrać na bezludną wyspę trzy polskie ksiażki fantastyczne, najprawdopodobniej byłyby to “Inne pieśni”, “Miecz przeznaczenia” i “Cyberiada”.
Dla mnie, na nieszczęcie, Lem był lekturą w siódmej klasie, kiedy to akurat lektur jakoś nie czytałam, nie wiem, czemu. Ale “Bajki robotów” lubiłam zawsze.
Moja top 3 polskiej fantastyki chyba było by identyczne z tym Alakhaia
Cykl Pirxowski jest nierówny, uniwersum wykonuje duże i nierealne skoki (od dość zaawansowanej cywilizacji z lotami układowymi jak w “Teście”, “Rozprawie” czy “Polowaniu” do zaawansowanej i dojrzałej cywilizacji międzyukładowej (“Wypadek”). Całość spina osoba Pirxa. Co do socjologii to też mam zastrzeżenia, w końcu gwiezdny statek to nie żaglowiec z ogorzałym kapitanem, nieomylnym panem i władcą a jak się opanuje loty do gwiazd to raczej nie jeden automat i spracowana radisotacja będzie w bazie
Na newsach pl.rec.fantastyka.sf-f była ciekawa rozmowa na ten temat osobowości Pirxa, jego szanse w obecnej rzeczywistości ekonomicznej i podobnie, niestety jak to zwykle z newsami bywa duło jest wiadomości okołotematycznych, poziom też bardzo zrónicowany. Ogólnie jednak warto je przynajmniej czytać. Mogę jeszcze polecić inne z krótkich form Stanisława Lema w tych klimatach:
“Młot”.
Lecącemu w eksperymentalnym, pionierskim locie samotnemu człowiekowi zaczyna się wydawać że sterujący całością pokładowy komputer zaczyna zdradzać niezdrowe, graniczśce z miłością przywiązanie do niego. Są wszelkie możliwe techniczne smaczki, budowa rakiety, systemy informatyczne, podział na systemy automatyczno-liczące i myślące, sieci komputerowe, możliwość fałszowania danych zarówno przyrządów podłączonych do sieci jak i zgromadzonych w elektronicznych bankach danych, sterwanie głosem. Na ile można zorientować się w pragnieniach i osobowości jedynego towarzysza, czy rzeczywiście jest on wrogiem, kłamcą, zwodzicielem. Czy też to wszystko wyobraźnia ?
“Przyjaciel”,
Znowu komputer, tym razem ziemski system obliczający wynajduje sprzęg (coś ala te śmieszne wtyczki w Matrixie, nawet się do karku toto dołączało) umożliwiający bezpośredni kontakt z ludzkim mózgiem. Ponieważ jest to wyłącznie usieciowiony lokalnie prosto (mi się skojarzył ze starym terminalami na łączach RS232 czy prądowych) system liczący to usiłuje znaleźć ludzkich sojuszników zdolnych do budowy sprzęgu i podłączenia się z nim w jedną całość. Opowiadanko pisane z pozycji relacji młodzieńca, amatora krótkofalowca i jednocześnie wykonawcy urządzenia. Ciekawa i bardzo pesymistyczna wizja ludzkości, zwłaszcza fragmenty opisujące włączenie się w system są ciekawe.
“Ciemność i pleśń”
Zabawa w bronie okropne i straszliwe co to raz uruchomione pozwalają zostawić z Ziemi kupkę żużlu zazwyczaj za zdrowa nie jest. Ktoż to użyje w swym obłezie, ukradnie, zdradzi, coś pójdzie nie tak, zdarzą się najmniej oczekiwane albo zupełnie nieprzewidywane okoliczności. Będzie bum, szantaż albo też może coś zupełnie innego. Tylko finał zazwyczaj jest jeden i to nieprzyjemny. Dla każdego.
“Formuła Lymphatera”
Podrasowany, superinteligentny i niesamowity genetycznie potomek rekina na rozrywkowym filmie “Proteusz” (jest też książka “Gen” na podstawie której film powstał) stwierdził cynicznie iż eksperymenty ludzi które go stworzyły uczyniły ludzkość zbędną. Na szczęście paskudnika udało się przynajmniej w książce w porę unicestwić odpowiednio faszerując go narkotykamii. Co zrobi superkomputer na jego miejscu ? Taki super hiper, biologiczno-elektroniczno-kwantowy, nie podrasowany domowy serwerek wielkości połowy bloku i dalej kretynek do liczenia czy rozpoznawania prostych obrazków, ale prawdziwa AI, myśląca, odczuwająca, samoucząca się, pragnąca, poznająca świat z prędkością światła, z osobowością i niewyobrażalnym IQ. Oraz możliwościami, w końcu
dyskusja przez niepodłączony do niczego głośnik wystarcza w zupełności do demonstracji. AI wykończy wszystkich konkurentów, zostawi niezmieniony świat, pomoże ? Czy coś innego ? Tak na marginesie to polecam w tym miejscu “Istotę inteligencji” Jeff Hawkinsa i Sandry Blakeslee (ISBN 83-246-00270-2), naprawdę warto poczytać, inteligentna i z dowcipem napisana książka o AI dla każdego, żadne techniczne przygotowanie nie jest do lektury potrzebne. Lem naprawdę był geniuszem, kiedy to napisana ta “Reguła” a jakie naukowe wizje. Jaki rozmach, jakie trafne spostrzeżenia.
“Inwazja z Aldebarana”
A co przeżył i co widział – opowiadanie opowie
SF na (gorzkie) wesoło.
Wstępny zwiad agresywnej, zaawansowanej technologicznie cywilizacja Aldebarańczyków (wysłanych w misję przez Zespólnie Ostateczną inaczej zwaną Zgromadzeniem Syncytialnym – smaczek polityczny jest) ląduje na Ziemi a ściślej biorąc w PRL okresu nieciekawego. Groźni przybysze nadziewają się tam na … Franka Joasa, typowego chłopa z najbardziej rasowej zabitej dechami wiochy z tych czasów jaką tylko sobie można wyobraziź. Joas jest oczywiście w stanie wskazującym
“Szczur w labiryncie”
Niespodziewana, nieprzygotowana wizyta we wnętrzu zniszczonego kosmolotu w którym dogorywa nieznana istota z gwiazd. Tylko że ludzie nawet nie wiedzą że ona kona. Powracające uporczywie pytanie Lema o możliwość komunikacji z obcym intelektem i jego sceptycyzm co do porozumienia.
“Prawda”
Czy życie musi być wyłącznie białkowe. Chyba raczej niekoniecznie i niekoniecznie musi występować w warunkach planet podobnych do Ziemi. Wręcz nie powinno, przecież najlepsze są te miejsca które są różnorodne i najpowszechniejsze. Wystarczy podnieść głowę w pogodną noc żeby je zobaczyć – plazma w świecących słońcach stanowi szacunkowo ponad 99% masy poznanej materii. Jak się postarać to i sztucznie da się ję zrobić, może jeszcze nie stałe słońce ale jakieś namiastki to na pewno. Projekt Sherwood budowy reaktora termojądrowego z 1952 r był tajny, później go odtajniono i rozbudowano. Realnie. A na jakiś mocno realnych podstawach
z dodatkowym elementem politycznym chyba najlepiej budować dobrą SF. Co będzie jeżeli białkowe istoty spotkają życie zrodzone w plazmie. O diametralnie różnym cyklu życia, środowisku, potrzebach, zmysłach, pragnieniach. Potrafia chociaż powiedzieć sobie wzajemnie że istnieją? Kolejne gorzkie, mocne, brutalne w wymowie opowiadanie. Chociaż tym razem akcent nadziei przecież jest – jeżeli w prostym i niezwykle krótkim w porównaniu z życiem Słońca eksperymencie lęgną się plazmowe robaki to jest szansa że jednak nie jesteśmy sami.
“Sto trzydzieści siedem sekund”
Przewidywanie przyszłości zawsze chyba było marzeniem ludzkości. Od dalekosiężnej futurystyki po jakieś małe skale indywidualne w stylu planowanie sobie źycia albo uniknięcie śmierci. Co można zyskać znając przyszłość na 137 sekund naprzód ? W makroświecie ? Wygrać w ruletkę, inne gry, zestrzelić międzykontynentalną rakietę z wodorowym ładunkiem ? Uniknąć śmierci w wypadku, uratować kogoś albo zwiększyć szanse w jakimś kataklizmie ? Jakie i czy zmiany społeczne to wywoła. Da się coś odwracać czy nie. Jaki jest mechanizm tego zjawiska, jego zasięg, czy Internet jest tym, za który go uważamy czy też może czymś znacznie więcej. A komputer, zwłaszcza taki co po dołączeniu do sieci przewiduje przyszłość w jakiś dziwaczny sposób? Zaświaty opisywane w religiach też się mogą zachwiać w posadach, w końcu 137 s sięga już poza śmierć na tyle poważnie żeby można było coś prorokować czy zadać pytania.
Opisy są niepełne i krótkie bo starałem się nie zdradzać zakończeń, wtedy to żadne polecenia tylko ewentualnie dyskusja o dziele. Może na razie tyle , odpisz czy jesteś zainteresowany (jeszcze trochę krótkich form jest). Nie pisałem mimo lat na sieci na blogi poza przekomarzaniem się z jednym gościem więc nie wiem jak to się na poważnie robi i co dalej. Twój jest pierwszy na który jakąś uwagę większą zwróciłem ( zaangażowania i wytrwałości to naprawdę gratuluje) więc wysyłam tam ten tekst ot tak.
Raaany, nie wiem ile ten komentarz pisałeś, ale dzięki za informacje
No gdyby w ten sposób podchodzić do fantastyki, to źaden tekst by nie grał. Jednak zawieszenie niewiary musi występować. Aczkolwiek dodam, że jeżeli generalnie tekst mi się podoba, to różnego rodzaju babolami, nawet jeśli je zauważę, staram się nie przejmować. Przyjemność z lektury ponad wszystko, choć niektórzy jak Spike będą cierpieli na bezsenność z powodu np. błędów ortograficznych
Masz na myśli ostatnią o procesie Pirxa? Jakoś szybko dałem sobie spokój. W zasadzie nie lubię aż tak spekulować o czymś, czego autor nie napisał. Co do offtopów to się zgodzę – na syffie jest ich jak dla mnie zbyt dużo, zwłaszcza w wykonaniu trójki WO, MRW i MEH, ale od czego jest KF
Generalnie, biorąc pod uwagę łączną liczbę tekstów Lema, jestem na samiutkim początku
W końcu mam za sobą jedynie “Solaris”. “Cyberiadę”, “Katar”, “Śledztwo”, no i opowiadania o Pirxie.
Ja po latach się właśnie na blogi przerzucam. Usenet raczej przeglądam a nie piszę, fora internetowe mnie znudziły, a poza tym za dużo pochłaniają czasu. Na blogu mogę koncentrować się tylko na tym, co chcę, czyli konkretnym temacie, nie schodząc w jakieś offtopy.
Ale generalnie zasada jest ta sama – można dyskutować, chyba że komentowanie jest powyłączane. Jak chcesz dostawać powiadomienia o nowych komentarzach, to polecam śledzić komentarze przez RSS albo stosować np. taką stronkę jak http://co.mments.com/ chociaż nie wszystkie systemy blogowe obsługuje.
Pani z Polskiego kazała nam napisać opis pilota Pirxsa i niewiem jak to napisać pomuszcie mi
sssssssssssssuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuupppppppppppppppppppppeeeeeeeeeeeeeeeerrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
;( głupie
Zostaw komentarz