“Jadąc do Babadag”, Andrzej Stasiuk
Nie-reportaż Stasiuka nagrodzony ubiegłoroczną Nike. Trochę mam wrażenie, że jestem jedną z ostatnich osób, która tą książkę czytała. Z drugiej strony, chciałem poczytać dobry reportaż, a nie rzucić się na “no, tą nagrodzoną książkę w ceglanej okładce, wie pani.” Nagrodę Stasiuk dostał, ale reportażu nie napisał. Czy to źle?

Z jednej strony tak, bo przecież szukałem kolejnego interesującego reportażu próbującego opisać inność. Z drugiej strony, dostałem coś co nazwałbym “nie-reportażem”, bo to raczej długi zapis tego co Stasiuk myśli i odczuwa, a nie tego co widzi. To dla mnie taki antyreportaż, być może nawet połączenie specyficznej poezji z elementami reportażu. I wyszło całkiem ciekawie, co ja mówię – bardzo dobrze. Można na Nike wieszać psy, ale ze Stasiukiem jurorzy trafili.
Zawsze kiedy biorę do ręki reportaż, oczekuję odsłaniania przede mną nieznanego, tłumaczenia inności, przybliżania czegoś dalekiego, opisywania piękna tkwiącego gdzieś na drugim końcu świata. Ale kiedy czytałem “Jadąc do Babadag” niczego takiego nie widziałem. Obcy dalej pozostał obcym, brud i zacofanie jakie przychodzą na myśl o Rumunii czy Albanii dalej mają taki sam odcień i smród, przeczucie, że Bałkany to zapomniany region Europy i świata nie zniknęło, a co gorsza, wręcz się nasiliło.
No więc co w tym Stasiuku jest takiego urzekającego, że jednak trwałem w lekturze dalej?
Może w części to, że nie sili się na upiększanie zapomnianych, wypieranych ze świadomości krańców Europy? Może to, że ani razu, na żadnej ze stron książki nie czuć, że autor, jak i ludzie których spotyka odczuwają potrzebę spieszenia się gdziekolwiek. Życie toczy się swoim własnym utartym trybem, wręcz niezmiennym od stuleci i nic nie zanosi się na to, by nastąpiły jakieś zmiany. Ludzie dalej żyją gdzieś w oderwaniu od spraw codziennego świata, nie przejmują się zachodzącymi w nim zmianami. I gdzieś w to wszystko wkracza Stasiuk powodowany chęcią odnalezienia miejscowości, w której ktoś lata temu zrobił zdjęcie, które wywarło na nim ogromne wrażenie. Powód dobry jak każdy inny, ale nie wszyscy są w stanie to tak urokliwie jak Stasiuk opisywać.
Środkowa i południowa Europa pełne są niespiesznego życia, które bez wątpienia bardzo Stasiukowi odpowiada, ale tuż za rogiem czyha nowoczesność z całym swoim bagażem. Miałem trochę wrażenie, że “Jadąc do Babadag” jest swoistą apoteozą życia gdzieś na obrzeżach cywilizacji i jednocześnie oskarżeniem umownego świata Zachodu, z całym jego pośpiechem, agresywnym wdzieraniem się w każdy dziewiczy region. Pytanie tylko, czy takie podejście jest słuszne… Stasiuk wybrał życie na końcu Polski, na odludziu, ale to nie musi oznaczać, że to jedynie słuszne rozwiązanie.
Napiszę więcej, uważam takie wychwalanie życia na rubieżach Europy za chybione. Ba, po lekturze “Jadąc do Babadag”, w przeciwieństwie do każdego innego reportażu jaki przeczytałem, nie chcę zwiedzać opisywanych regionów. Mało tego, jest mi całkowicie obojętne, czy Albania lub Rumunia pozostaną równie zapóźnione jak dotychczas. Stasiuk zapewne by tego chciał, turpizm to najwyraźniej jego “klimat” – dla mnie ten brud, upał, bezruch powinny zniknąć. Zapewne nie taka była intencja autora…
Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości – jestem zauroczony językiem Stasiuka. Nie wiem gdzie kończy się w tym przypadku granica między prozą a poezją, ale wrażliwość jaką ujawnia autor w zdaniach takich jak to: “pod błękitnym szkliwem nieba suche światło zakreślało wokół rzeczy czarne konktury”, musi budzić respekt. Stasiuk doskonale wie jak uchwycić słowem ulotną chwilę.
I tak oto, z moją niechęcią do specyficznego lewactwa Stasiuka, po długich wynurzeniach muszę przyznać jakąś subiektywną ocenę. Jakkolwiek w moim wypadku “Jadąc do Babadag” nie stanowi najmniejszej zachęty do wybrania się w podróż śladami autora, to w czasie lektury książki nie mogłem przestać. Czy to wystarcza za rekomendację?





Zobacz także:

Zostaw komentarz