“Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw”, Marcin Przybyłek

Przesadziłbym, gdybym napisał, że “Gamedec. Granica rzeczywistości” (czyli debiutancki zbiorek opowiadań Przybyłka) był świetną rozrywką. Nie; był, owszem, rozrywką bardzo dobrą, nawet rozbudzającą nadzieje na równie interesującą kontynuację, ale to tyle. Tym bardziej szkoda, że najnowsza powieść tegoż autora, “Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw” poziomu dobrej rozrywki, w moim rozumieniu, niestety nie osiąga.

Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw

Bo z “Granicą rzeczywistości” było tak, że w żadnym wypadku nie były to odkrywcze opowiadania. Miały jednak w sobie niezbędną dozę inteligentnej zabawy, dobrze skonstruowaną zagadkę i zazwyczaj dobrą puentę, bohatera – gamedeca, czyli gierczanego detektywa, który mnie po prostu zaciekawił, no i świat wirtualnej rzeczywistości, który wyglądał wiarygodnie.

I gdyby tak pociągnąć to dalej bez zmian, wszystko byłoby pięknie. Jak na złość, Przybyłek postanowił napisać powieść. Powieść, nad którą stracił kontrolę.

Po pierwsze, w całej warstwie dotyczącej wykreowanego świata. Jasne jest, że opowiadania osadzone w fikcyjnym świecie nie pozwalają na ujawnienie całości wykreowanego uniwersum, jednak w “Sprzedawcach lokomotyw” za szybko, według mnie, Przybyłek poszedł do przodu. Rozumiem przez to nazbyt (moim zdaniem) radykalny postęp w technologii związanej z Siecią i grami oraz jakieś dziwaczne zmiany w samym środowisku naturalnym i wynikające z tego konsekwencje. Jednym zdaniem, uważam, że nastąpił dziwny rozdźwięk między postępem technicznym a zjawiskami w otoczeniu ludzkości, które przywykliśmy z postępem utożsamiać. Wracając jednak do samych gier, to gwałtowna erupcja nowych technik i zjawisk związanych z ich środowiskiem i infrastrukturą wydaje się zbyt wymuszona, jakby Przybyłek trochę obawiał się, że ktoś mu pomysły ukradnie. Pomiędzy opowiadaniami a powieścią mija zbyt mało czasu, żeby uzasadnić tak radykalny ruch naprzód.

Po drugie, Przybyłek nie radzi sobie z wymaganiami stawianymi przez powieść. O ile jego opowiadania były całkiem zgrabnie, jak na debiutanta, skonstruowane (wciągająca zagadka z niebanalnym pomysłem, precyzyjne dochodzenie do rozwiązania i dobra puenta – wszystko ładnie mieszczące się w ramach opowiadania), to powieść jest nadmiernie przeładowana akcją. O ile w opowiadaniach akcenty są dobrze porozkładane, to w “Sprzedawcach lokomotyw” dzieje się po prostu zbyt dużo. Nie ma chwili wytchnienia. Wrogów Torkil Aymore, nasz gamedec, ma bez liku. W zasadzie sprzymierzeńców łatwiej wymienić niż przeciwników, bo jak Funky Koval, Aymore w zasadzie staje sam przeciw wszystkim i przez wszystkich jest wykorzystywany. Potężne korporacje, wywiady, ludzie i byty cyfrowe, a po drugiej stronie Torkil. A na domiar złego wpadający z jednych kłopotów w inne, jeszcze większe. I co gorsza, wydobywający się z nich nadspodziewanie łatwo. Można by rzec: zabili go i uciekł.

No i wreszcie sam Torkil. W opowiadaniach był inteligentnym facetem, który jakoś radził sobie z wirtualną rzeczywistością i z mniejszym lub większym trudem rozwiązywał zagadki. W powieści Torkil to niemal ostatni sprawiedliwy, decydujący o losach ludzkości i wirtualnego świata. Znaj proporcjum, mocium panie. Na domiar złego, gdzieś na drodze między opowiadaniami a powieścią zapodziała się inteligencja gierczanego detektywa, który w “Sprzedawcach lokomotyw” daje sobą manipulować jak małe dziecko. Wszyscy, ale to wszyscy robią go w konia. Czyniąc z Torkila bezwolną maszynkę w rękach potężniejszych sił, Przybyłek zniweczył to, co tak ładnie mu wychodziło w opowiadaniach. Inteligentne połączenie ciekawej postaci i dobrego pomysłu.

Niemniej jednak tak do końca nie jest to zła lektura. Ciekawym zabiegiem są ciągłe wstawki z fragmentami reklam lub wywiadów telewizyjnych. Trzeba przyznać, że tutaj wyobraźni autorowi nie brakuje. Zresztą, czego jak czego, ale właśnie tej Przybyłek ma mnóstwo, a dobitnie daje ona o sobie znać w scenach dynamicznych, pełnych akcji. Gdyby to przenieść na film z dużą dozą profesjonalnie zrealizowanych efektów specjalnych, zabawa byłaby przednia.

Dla wszystkich, którzy szukają bezpretensjonalnej, bardzo łatwej rozrywki na jeden wieczór, nowa powieść Przybyłka jest idealnym rozwiązaniem. Ja jednak liczę na to, że kiedyś autor powróci do opowiadań, bo te wychodzą mu dużo lepiej.

**½


Zobacz także:

  • Zaginiona recenzja, czyli urażony autor książki?
  • Lista zaległości – maj
  • Lista zaległości – kwiecień
  • Spis książek
  • Zapowiedzi wydawnicze na 2006 rok
  • kwiecień 23, 2006 • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Jeden komentarz to ““Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw”, Marcin Przybyłek”

    1. Czytam... - Zaginiona recenzja, czyli urażony autor książki? - czerwiec 1st, 2006

      [...] Właściwie powinienem napisać tę notkę w kategorii „Zaginione w sieci”, ale takiej akurat nie mam. Jakiś czas temu napisałem co myślę o książce „Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw” niejakiego Marcina Przybyłka. Ok, nie jestem zawodowym recenzentem, ale też jestem pewien, że nie odstawiam totalnej fuszerki, jednak jeszcze jakiś czas temu link do mojej recenzji można było znaleźć na oficjalnej stronie autora (wiem, bo w logach mojego serwera są ślady po referrerach stamtąd). Jakież było moje zdziwienie, kiedy dzisiaj wszedłem na stronę Marcina Przybyłka, a link do mojej recenzji zniknął…

      Czyżby autora dotknęło to, że skrytykowałem książkę? Mam, chyba dobrze uzasadnione, przeczucie, że tak właśnie było i podjął decyzję, żeby link usunąć, bo pozostały odnośniki do samych pochlebnych. Jeśli dobrze kojarzę nick autora strony, to w zasadzie mógłbym go zapytać na kilku forach internetowych jak to z tym było, ale w zasadzie to mi się nie chce, bo uważam takie zachowanie za dziecinadę. [...]

    Zostaw komentarz