“Imprimatur”, Rita Monaldi, Francesco Sorti
Pastylki sporządzone są z odpowiednio dobranych składników leczniczych, takich jak: bolus, kaolin, zedoaria, kamfora, pięciornik, biały dyptam, aloes, odrobina szafranu, goździków i diagrydu, sok z kapusty i gotowany miód. Jest to specjalny środek przeciw dżumie wywołanej zmianą naturalnej ciepłoty ciała”.
“Imprimatur”, R. Monaldi. F. Sorti
Mam wrażenie, że ten zacytowany przepis to jednocześnie doskonała ilustracja tego, co ostatnio stało się uniwersalnym sposobem na napisanie “bestsellera”.

Weź garść postaci historycznych, wybierz okres budzący niejasności, dopraw tajemnicą, której nie da się wyjaśnić, a na dokładkę dorzuć kilku everymenów, no i oczywiście nie zapomniej o sprytnych chwytach z zakresu PR, a na bank tytuł zostaniem bestsellerem.
Pytanie tylko, czy poza prostą rozrywką, tak pisane książki będą cokolwiek warte?
“Imprimatur” jest można powiedzieć modelowym przykładem na taki “przepis na bestseller”. To w, jak się okazuje, nie tak do końca przygodnej gospodzie w Rzymie, zatrzymuje się kilkoro ludzi, których dzieli prawie wszystko. Pochodzenie, poglądy, wiara, status społeczny, łączy zaś jedno – tajemnica. Traf chciał, że jeden z gości, stary francuski szlachcic de Mourai, umiera. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że niektórzy przyczynę śmierci upatrują w dżumie, a pamięć o “czarnej śmierci”, po ponad 300 latach wciąż jest we Włoszech żywa. Zarządzeniem włodarzy miasta gospoda ma zostać odizolowana od tkanki miasta, a jej goście pozostać w zamknięciu przez okres kilku tygodni, na czas kwarantanny. Jakby nieszczęść było mało, właściciel gospody ulega wypadkowi, a jeden z gości naprawdę zaczyna na dżumę chorować, podczas gdy zgon Francuza nie był wcale spowodowany przyczynami naturalnymi… I tu zaczyna się akcja.
Jesli mam być szczery, to oczekiwałem długich dyskusji zamkniętych w czterech scianach mieszkańców gospody, ale autorom udało się wybrnąć z tej sytuacji. Jak się okazuje, rzymskim zwyczajem jest, aby taki przybytek miał połączenie z gęstą, niezwykle gęstą siecią podziemi pod Wiecznym Miastem. Cóż, takiego rozwiązania z gatunku deus ex machina należało się spodziewać, ale to tylko jeden z argumentów, które przyczyniły się do takiej, a nie innej oceny książki.
Wędrówek po rzymskich katakumbach jest co niemiara, a kogóż nie można w nich spotkać! Oprócz współlokatorów, którzy wykazać się musieli jakimś nadzwyczajnym zmysłem w tropieniu wejścia do podziemnych korytarzy, trafić można też na lekko ekscentrycznych poszukiwaczy “relikwii” (o dziwo były to jedyne postacie, które mi odpowiadały). Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że tylko i wyłącznie wątek poszukiwaczy relikwii ciągnął moją uwagę do przodu.
Tak już jest, że gdy książka jest interesująca nie zwraca się uwagi na mankamenty, a w przypadku “Imprimatur” niedociągnięcia aż kłuły mnie w oczy, skutecznie zmniejszając przyjemność z lektury. Poczynając od karłowatego służącego z gospody, sieroty i znajdy, który zaskakująco dobrze potrafi się wysławiać, potrafi pisać, pojmuje obce języki i na dodatek ma jeszcze niesamowitą umiejętność wyzwalania w ludziach zwierzeń. Zamiast budzić pogardę wszystkich naokoło, w zadziwiający sposób kaleka staje się naczelnym powiernikiem wszystkich mieszkańców gospody. Nie były tego w stanie zrównoważyć zabawne początkowo perypetie z dodawaniem cynamonu do każdej szykowanej przez niego potrawy.
Nieustające wędrówki po podziemiach zadziwiająco szybko stają się nużące, regularne przerywanie toku powieści szczegółowymi wykładami o historii wybija z rytmu. No i wreszcie creme de la creme, czyli Secretum Vitae, które okazuje się tak …. absurdalnym pomysłem, że aż zęby bolą. Nie da się, po prostu nie da się uwierzyć w ten cudowny lek. Miałem wiele zastrzeżeń do tajemnicy prezentowanej w “Kodzie Leonarda…” Browna, ale o ile tam pomysł budzić uśmiech, to tutaj wzbudza raczej litość, a może wręcz prowokuje szydercze uwagi pod adresem autorów. Pod tym względem jest źle.
W całej historii była jedna jaskóka nadziei – udało się autorom stopniowo ujawniać tajemnice dotyczące powiązań między bohaterami, jednak dla mnie to za mało. Jestem skłonny oddać szacunek pracy jaką autorzy włożyli w przejrzenie materiałów źródłowych, tyle że … nagromadzenie “kwiatków” takich jak Secretum Vitae obniża wiarygodność pozostałych faktów. Szkoda, bo gdyby przeredagować tekst przed drukiem i płynniej wpleść wszelkie wstawki historyczne, zwłaszcza wygłaszane przez opata Melaniego, być może końcowe wrażenie byłoby inne. Ja raczej nie sięgnę po kontynuacje, bo uważam że autorzy nie potrafią pisać interesujących książek, a zachęta w postaci płyty z muzyką barokową jest zbyt tanim chwytem na przyciągnięcie czytelnika, choć nie przeczę że ciekawym.





Zobacz także:

Komentarzy (12) to ““Imprimatur”, Rita Monaldi, Francesco Sorti”
Miałem wiele zastrzeżeń do tajemnicy prezentowanej w “Kodzie Leonarda” Browna, ale o ile tam pomysł budził uśmiech, to tutaj wzbudza raczej litość, a może wręcz prowokuje szydercze uwagi pod adresem autorów. Pod tym względem jest źle.
HMmmmmmm. Mam wrażenie, że tutaj nastąpiło nie kupienie konwencji po prostu :]
No i wreszcie creme de la creme, czyli Secretum Vitae, które okazuje się tak absurdalnym pomysłem, że aż zęby bolą. Nie da się, po prostu nie da się uwierzyć w ten cudowny lek.
:
Dlatego, ja w tym nic naciąganego nie widzę. To przecież okres kiedy prowadzono, zapoczątkowane już w okresie renesansu, badania nad magicznym oddziaływaniem dźwięku na rzeczywistość. Dość wspomnieć kabalistę Jana Reuchlina ( żył na przełomie XV i XVI w.), badającego tajemnice mocy takich formuł jak Tetragramaton czy Szemhamforasz czy żyjącego w XVIII w. ( ale kontynuujacego wcześniejsze badania) Ernsta Chladiniego, który zajmując się właśnie wpływem dźwięków na rzeczywistość, opracował min. metodę odwzorowywania w piasku, obrazu stworzonego przez wibrację strun skrzypiec. Nie porównywałbym tego z Brownem, o ile błędy w książce Browna mógłby zdemaskować uczeń czwartej klasy szkoły podstawowej ( np. olimpiady poświęcone Wenus a nie Zeusowi olimpijskiemu itp.), to w przypadku Imprimatur, musiałem się kilka razy mocno po głowie skrobać, aby odróżnić rzeczywistość od fikcji wykreowanej przez autorów ksiązki.
nagromadzenie “kwiatków” takich jak Secretum Vitae obniża wiarygodność pozostałych faktów. ,
Wkleję tu coć co napisał Nożownik a z czym się całkowiecie i w 100% zgadzam
Secretum Vitae miało pasować do XVII – wiecznych teorii a nie wspóczesnych
Generalnie recezenzja nie odpowiada moim wrażeniom z lektury
Ja też głównie Ugonia i Ciacconia polubiwszy:)
Zamorano, odpowiedz sobie na pytanie: do kogo tak naprawdę jest skierowana ta książka? Do garstki maniaków historii, którzy gotowi są tropić jej zgodność z prawdą i wytykać każdy, nawet najmniejszy błąd, czy do szarego czytelnika (takiego jak ja)?
Dla mnie odpowiedź jest oczywista. Naprawdę nie interesuje mnie pedantyczna zgodność z faktami. To jest w końcu fikcja literacka. Podstawowym kryterium jakie chciałbym stosować do oceny książki jest jej “czytalność”, a w tym wypadku “Imprimatur” rozminęło się z (moimi) oczekiwaniami.
No z moimi się nie rozminęło
Z tymże ja zasadniczo lubię te czytadła “erudycyjne”, które sie teraz czasem pojawiają- ze starodrukami, historią , sztuką, szachami, muzyką, powieściami w odcinkach i cholera wie czym jeszcze w tle
Takie czytadełka jak “Imprimatur” właśnie czy Perez Reverte. “Imprimatur” całkiem przypadło mi do gustu po prostu. Na tyle, że jutro sobie kupię “Secretum”
A sprawę Secretum Vitae przytoczyłem dlatego, żeby pokazać, ze są ludzie dla których to rozwiązanie było zaletą. I , że jest bardzo w klimacie epoki, która jest czasem akcji powieści. Tylko tyle
Muszę wreszcie napisać solidna reckę “Imprimatur”
No jeszcze dopowiem, żeby była jasność. Ja rozumiem, że nie każdemu lektura “Imprimatur” może dac czytelniczą przyjemność czy trafić w gusta. Co “wad”, które wymieniłeś. Są to rozwiązania jak najbardziej wlaściwe w przyjętej konwencji. W przyjętych regułach gry. Nasz posługacz to wszak archetypiczna figura włoskiego baroku. A Secretum Vitae jak najbardziej odpowiada duchowi epoki. Jak najbardziej jest w klimacie. Piszesz tyle że “nagromadzenie “kwiatków” takich jak Secretum Vitae obniża wiarygodność pozostaóych faktów. Przecież finezyjna gra jaką prowadzą z czytelnikiem autorzy polega właśnie na poruszaniu się pomiędzy historią a mistyfikacją, czy hohsztaplerstwem. Na tym IMVHO polega tak zwany bajer. Do tego trudno znaleźć coś napisanego współcześnie co by tak bardzo “czuło” włoski barok. Moim zdanie żadne z rozwiązań nie obraża intelignecji czytelnika, a autoryz jak najbardziej pisać potrafią.Myślę, że cd z muza tez jest czymś zdecydowanie więcej jak tanim chwytem zważywszy, że Francesco Sorti to muzykolog. Generalnie tak się strasznie rozpisałem po odkąd uruchumiłeś “Czytam” nie znalazłem tu tekstu, który by się tak bardzo mocno rozmijał z moim odbiorem i wrażeniami z lektury
Zamorano, bardzo dobrze że Cię to wkurzyło
A tak serio to przecież jest jasne, że wrażenie z lektury zależy od podejścia do książki jeszcze przed jej otwarciem. Od wszelkich tytułów reklamowanych jako “bestsellery” nie spodziewam się już niczego więcej poza, w najlepszym wypadku, dobrej rozrywki. Biorąc pod uwagę moje zastrzeżenia do “Imprimatur”, bawiłem się raczej średnio.
Nie jestem maniakiem historii takim jak Ty, więc w przypadku akurat tego okresu sprawia mi średnią przyjemność, wyszukiwanie co jest, a co nie jest prawdą. Nie przeczę, że autorom udało się stopniowo ujawniać tajemnicę otaczającą przeszłość papieża, ale będę się upierał, że jeżeli chodzi o “czytalność”, to “Imprimatur” nie jest dobrą książką.
Secretum vitae nie jest samo w sobie “finezyjną grą” z czytelnikiem. Finezyjną grą może być stopniowe pozwalanie nam na dowiedzenie się czegoś więcej o tajemnicach poszczególnych bohaterów.
Tyle, że przy takim zwodzeniu, IMO autorzy się nie sprawdzają we wszystkich fragmentach, w których przed posługaczem opat ujawnia np. zagadki z dworu francuskiego. Te całe fragmenty są wg mnie wybitnie źle wpasowane w resztę tekstu – zbyt długie, nazbyt szczegółowe (na dobrą sprawę każdy powinien mieć kartkę papieru, żeby sobie powiązania rozrysować). Wędrówki po podziemiach po pewnym czasie zlewają się w jedno i to samo, jak w jakimś serialu itp.
Generalnie Ty patrzysz na stronę historyczną i zgodność z realiami czy barokowymi nazwijmy to zasadami. Ja się po tym prześlizguję i szukam rozrywki – lekkiej i przyjemnej. Chyba już nie muszę pisać, że zwłaszcza tej drugiej nie znalazłem.
NIE czytaj “Rycerzy królestwa” D. Camus’a.
PS. Na jakiej planecie papier toaletowy ma etykietki?
Ten kretyński komentarz usunąłem dlatego powyższy może się wydawać niezwiązany z resztą dyskusji. Nie chcę tutaj walki. Od teraz przy dodawaniu komentarzy trzeba będzie podać maila, a filtr antyspamowy wzbogacił się o kilka nowych słów.
Zobaczymy na ile to pomoże.
PS. Tzn. że ja mam nie czytać “Rycerzy królestwa”?
Sam zdecyduj http://www.dami.pl/~kamil78/ryc
Ja odradzam.
przeczytałam te nabozne komentarze na temat Imprimatur i jestem na wskros pobudzona (hihi)……dostalam Imprimatur od kolezanki, przeczytalam, polubilam i jestem w trakcie czytania Secretum……plyta nie byla mi potrzebna, na tyle znam barokowe dzwieki, ale przyjemnie jest troche wrocic do czasow intryg, perelek barokowych…ale co kazdy czytelnik to inna opinia.pozdrawiam
Czytam ta ksiazke juz zdecydowanie za dlugo. A czytam tylko dlatego ze zawsze mam straszne wyrzyty sumienia jak zaczne ksiazke i jej nie skonczywszy:) Imprimatur jest moim usypiaczem- jedna dwie strony i sen murowany. I tu nie chodzi o to ze nie lubie historii. Swego czasu zaczelam studia nakierunku historia ale dane bylo mi tylko wytrzymac 1 rok… darze historie wielkim sentymentem , ale to jak ona jest tutaj opisana w sposob tak okropnie rozwlekly i okropnie nuzacy jets wrecz nie do opisania. Przychodzi mi okreslenie na autorow – taki historyczny wharton… tylko wharton jest w tych swoich opisach cudowny realistyczny gleboki prawdziwy…
powiem tylko ze nie polecam…
Czytam… » “Spisek papierowy”, David Liss - październik 8th, 2007
[...] Absolutnym zaskoczeniem tej powieści, był dla mnie nie wątek giełdowy, ale kryminalny. Otóż wcale a wcale, nie spodziewałem się po tej książce interesującej, a przede wszystkim inteligentnie i wciągająco poprawadzonej intrygi, przyzwyczajony do żenujących dokonań a’la “Imprimatur” czy “Klub Dantego”, w których autorzy całkowicie skupili się na wytworzeniu klimatu, czy czasem wręcz monstrualnym rozbudowaniu fabuły o masę szczegółów dotyczących epoki, które nic nie wnosiły do wątków kryminalnych, a wręcz je rozbijały. A Liss poradził sobie nadspodziewanie dobrze, bo udało mu się nie zapomnieć że pisze kryminał, umiejętnie przy tym osadzając go w realiach osiemnastowiecznych. Wzmiankowany wątek kryminalny jest zaskakujący, wielokrotnie przynoszący gwałtowne zmiany i choć może pozbawiony pewnej typowo filmowej dynamiki, to w tym konkretnym przypadku, sprawdza się znakomicie. Do tego z umiarem dołożona jest dawka, pasjonującej przynajmniej dla mnie, historii początków giełdy angielskiej (choć znałem ją już chociażby z “Historii spekulacji finansowych” Chancellora) i problemów Żydów portugalskich osiedlających się w Anglii. Widać, że Liss poprzedził napisanie książki dogłębnymi studiami literaturowymi, ale na całe szczęście nie przesłoniły mu one tego co najważniejsze, czyli historii kryminalnej. Otoczka historyczna dobrze wprowadza i sprawnie pomaga w konstrukcji śledztwa, ale nie staje na pierwszym planie. I całe szczęście, bo w kryminałach wszelkiego rodzaju kwestie związane z wątkami niekryminalnymi sprawdzają się raczej rzadko (Breslau Krajewskiego jednym z chwalebnych wyjątków). Jeśli coś mi w lekturze nie pasowało, to zdecydowanie narracja prowadzona w pierwszej osobie, ale to raczej kwestia moich indywidualnych preferencji, bo generalnie bardzo rzadko trafiam na książkę, w której ten sposób opowiadania mi odpowiada. Jak dla mnie, Liss mógłby również popracować nad dialogami, bo brakowało im momentami pewnej płynności i takiej naturalności, ale zasadniczo warsztatowo autor jest poprawny, co również przyczynia się do łatwości w czytaniu. [...]
Zostaw komentarz