“Śmierć w Breslau”, Marek Krajewski

Ze wszystkich dotychczasowych powieści o przygodach funkcjonariusza wrocławskiego Prezydium Policji, Eberhardta Mocka, najbardziej polubiłem tę – pierwszą, jaka została napisana, a ostatnią przeze mnie przeczytaną.

�mier� w Breslau

Nigdy sytuacja, w jakiej Krajewski stawia swojego bohatera, nie była łatwa, ale w debiutanckiej powieści autor jak nigdy później nie pobłaża Mockowi. Z jednej strony, w 1933 r. ambitny radca Mock zostaje wreszcie szefem Wydziału Kryminalnego wrocławskiej policji, problem jednak w tym, że dzieje się tak przy poparciu funkcjonariusza SA. Tymczasem już kilkanaście miesięcy później, latem 1934, po „nocy długich noży”, powiązania z SA będą poważnym balastem obciążającym Mocka w oczach nowych władców Dolnego Śląska, wywodzących się z SS. Z drugiej strony, sfabrykowane wyniki śledztwa, które uczyniło Eberharda Herr Kriminaldirektorem, wiszą nad nim jak jakieś fatum. Co gorsza, w kilka miesięcy po awansie eksradcy okazuje się, że zabójca wcale nie został zgładzony, a najbardziej zainteresowany wynikami śledztwa, baron von der Malten, zaczyna tracić cierpliwość. Dla Mocka jest to tym bardziej niebezpieczne, że baron ma mocnego „haka” na Kriminaldirektora – obaj należeli do tej samej loży masońskiej. W hitlerowskich Niemczech to duży problem. Chcąc nie chcąc, Mock poddaje się woli barona i ponownie rozpoczyna śledztwo, tym razem przy pomocy sprowadzonego przez von der Maltena aż z samego Berlina detektywa tamtejszej policji, Herberta Anwaldta.

No właśnie, śledztwo. Jak w każdej książce o Mocku, wszystko rozpoczyna się od tajemniczego, brutalnego morderstwa, które wygląda na rytualne. O dziwo, okaże się, że tym razem jest to rzeczywiście prawda. Mockowi i jego nowemu partnerowi Anwaldtowi przychodzi rozwikłać zagadkę okrutnego mordu na córce barona von der Maltena, a uciec się muszą nie tylko do pomocy zwykłych gliniarzy odwalających mrówczą pracę detektywów, sięgają także po naukowców, specjalistów od języków starożytnych i ekspertów od historii krain Azji Mniejszej. Mniej w „Śmierci…” obecności Kurta Smolorza, mniej innych policjantów, którzy będą współpracowali z Mockiem w kolejnych powieściach, ale, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, rekompensuje to obecność Anwaldta. Zaskakująco szybko nawiązuje się między nowym dyrektorem kryminalnym Prezydium Policji a przysłanym przez barona von der Maltena Anwaldtem nić porozumienia, która z czasem przeradza się w silniejszy związek. Herbert staje się dla Mocka substytutem nigdy, i to pomimo dwóch związków, nieposiadanego syna. Teraz Mock bierze go pod swoją opiekę i od samego początku wprowadza w tajniki funkcjonowania we Wrocławiu, a zwłaszcza wpędzania wszystkich w zależność od siebie. Mówiąc krótko, dla Mocka jest to „trzymanie kogoś w imadle”. „Imadło” to wszelkie „haki”, jakie były radca od lat zbierał na wszystkich we Wrocławiu. Teraz, przykręcając „imadło”, może uzyskać pomoc szybciej. Pomoc wymuszoną, ale zawsze przydatną.

Jednakże po drugiej stronie barykady stoi nie tylko tajemniczy morderca, ale i wszechwładne gestapo wraz z SS. Mock czuje coraz bardziej zaciskającą mu się na szyi pętlę, narastające zagrożenie ze strony tej bandy prostaków, którzy dorwali się do władzy, i oprócz rozwiązania doraźnych problemów (czyli wykrycia zabójcy, a przy okazji pozbycia się szantażujących go osób), szuka „ucieczki” na z góry upatrzone pozycje. Przyjaźń, jaką nawiązał z Anwaldtem, który dodatkowo odkrywa prawdziwą rolę, jaką pełni w sprawie morderstwa, przetrwa wojnę i kiedy przyjdzie pora, Mock wróci, by pomóc człowiekowi, którego traktował jak syna.

„Śmierć w Breslau” jest dokładnie taka, jak każda z pozostałych części. Po prawdzie, niczego innego nie oczekiwałem. Chciałem znowu poczytać o na wpół kanalii, a na wpół gliniarzu o ludzkich odruchach, szantażyście regularnie doświadczanym przez bandytów, ale i potrafiącym uderzyć ze zdwojoną siłą. Na swój sposób każda z książek o Mocku jest taka sama – akcja oczywiście osadzona jest w urokliwym, aczkolwiek wyjątkowo mrocznie przez Krajewskiego sportretowanym Wrocławiu, Mock za każdym razem prowadzi śledztwo w sprawie okrutnego mordu, który w ostatecznym rozrachunku dotyka go osobiście. Każda z książek na dobrą sprawę opowiada nie o skomplikowanej zagadce kryminalnej, ale o osobistych, tkwiących gdzieś głęboko w jaźni Mocka problemach. I do tego te kulinarne tortury, które przeżywam podczas lektury, czytając o smakowitych, acz dietetycznie zabójczych ucztach bohaterów.

Do zapowiadanego na jesień 2006 r. „Festung Breslau” jeszcze daleko, ale zapewne z dużym prawdopodobieństwem mogę snuć przypuszczenia na temat generalnej treści książki. Zapewne Mock prowadzić będzie śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa, śledztwo, które koniec końców skoncentruje się na jego życiu osobistym. Proste, prawda? A jednak mnie to nie przeszkodzi, tak długo, jak Mock wciąż pozostanie sobą, ja pozostanę fanem prozy Marka Krajewskiego.

****½


Zobacz także:

  • Moje (czytelnicze) podsumowanie 2006 roku
  • Lista zaległości – listopad
  • “Dżuma w Breslau”, Marek Krajewski
  • “Koniec świata w Breslau”, Marek Krajewski
  • Lista zaległości – wrzesień
  • luty 21, 2006 • Tagi: , • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Komentarzy (7) to ““Śmierć w Breslau”, Marek Krajewski”

    1. Cintryjka - luty 21st, 2006

      Hehe, ja zaczęłam od początku:) Przeczytałam “Śmierć w Breslau” jednym tchem w niedzielę, w pociągu. Zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami – bardzo dobrze, że Mock nie jest kryształowy. Jest bardzo ciekawą, intrygującą postacią. Niestety, ogólną ocenę książki poważnie zanizyła mi końcowa brazyliada ( mówię rzecz prosta o tożsamości drugiego obiektu zemsty) – dałabym najwyżej 4 gwiazdki.

    2. Maciej Majewski - luty 21st, 2006

      Cóż, generalnie same intrygi nie są najmocniejszą stroną opowieści o Mocku – ale i tak je lubię :)

    3. ish - luty 21st, 2006

      Cos jest w tych ksiazkach o Mocku, ze choc elementy skladowe nie sa najwyzszych lotow to jednak w calosci tworza cos nawet wciagajacego i interesujacego. Osobiscie zaczalem od “Widm…” z racji poparcia ze strony Polityki, ale chyba wezme sie za reszte sagi. Ode mnie 3,5 gwiazdki

    4. Zamorano - luty 22nd, 2006

      I do tego te kulinarne tortury, które przeżywam podczas lektury, czytając o smakowitych, acz dietetycznie zabójczych ucztach bohaterów.

      O też tak masz jak ja ? :D DDDDDDD

    5. Maciej Majewski - luty 22nd, 2006

      Nie, ja jestem bardziej zboczony. Notowałem sobie nawet nazwy potraw ;)

    6. grayou - wrzesień 27th, 2007

      aż żal mi skończyć ostania cześć bo będę musiał czekać na kolejną

    7. gadfujfuj - styczeń 7th, 2008

      Pochłaniam kryminały od dzieciństwa. Wychowałem się na Chandlerze. Skończyłem polonistyke i wciąż uwielbiam ten gatunekn prozy. Kiedy sięgam do zniszczonej, pożułkłej rozpadającej się “Siostrzyczki” żeby sprawdzić, czy dorosłem to wciąż “czuję” Los Angeles lat czterdziestych jak dawniej zachwyca mnie fraza, dbałość o szczegół,realizm. To proza najwyższej próby. I Marek Krajewski jako jedyny autor kryminału czy nawet szerzej pojętej sensacji Chandlerowi dorównuje w każdym aspekcie. Wielkie podziękowania dla pana Marka!!!

    Zostaw komentarz