Dlaczego wydawcy powinni być wdzięczni Google

Od pewnego czasu zarówno wydawcy, jak i sami autorzy reagują alergicznie na dźwięk słowa Google. A konkretniej, za każdym razem gdy słyszą o jednej z usług oferowanych przez tą firmę – Google Book Search. Tymczasem są jednak i tacy właściciele praw autorskich, którzy w pełni popierają ofertę Google.

O książkach z Google pisałem już kiedyś troszeczkę. Teraz trafiłem na bardzo ciekawy artykuł Cory’ego Doctorowa, kanadyjskiego dziennikarza i pisarza sf, który strategię Google niemalże wychwala pod niebiosa. Sam Doctorow zresztą, to ciekawa persona. Jako autor udostępnia swoje utwory na zasadach licencji Creative Commons jako pliki, które mogą być bezpłatnie ściągnięte ze strony internetowej, a w niektórych przypadkach bezpłatnie dystrybuowane lub w krajach rozwijających się tłumaczone. Utwory, czyli powieści i opowiadania udostępnia w ten sposób równolegle z wydaniami papierowymi, za które trzeba już zapłacić. Polityka ta jest coraz popularniejsza i jak się okazuje wcale nie oznacza to, że nikt jego książek nie chce kupować, a autor nic nie zarabia.

Swój sposób myślenia wykłada szerzej w podlinkowanym wcześniej artykule. A zaczyna całkiem ostro:

Google obiecuje ocalić tyłki pisarzom i wydawcom, dodając ich książki do listy przeszukiwanej przez tych, którzy czerpią wszystkie informacje z internetu. W odpowiedzi, wydawcy i autorzy pozywają Google oskarżając firmę o łamanie praw autorskich.[1]

Doctorow twierdzi, że takie działania wydawców i pisarzy, to znane w teorii ekonomii zjawisko rent-seeking, czyli poszukiwanie pewnych zewnętrznych korzyści poprzez próbę wykorzystania różnorakich narzędzi prawnych, oczywiście w celu uzyskania dodatkowego zysku. Libertarianie reagują na takie praktyki skrajnie alergicznie, aczkolwiek zazwyczaj prawnie są one usankcjonowane i zgodne z logiką działania podmiotów, których celem jest zysk.

(Przeciwnicy) Google twierdzą, że Google powinien im zapłacić ponieważ każdy, kto zarabia na książkach, powinien się zyskiem podzielić, ale nikt nie ściga stolarzy za nieoddawanie części przychodów za półki na książki. (…) Sam fakt zarabiania na czymś nie jest wystarczającym powodem do powstania zadłużenia w stosunku do firmy, która wyprodukowała produkt, który teraz ulepszasz.

Zgodnie z założeniami systemu Google Book Search, użytkownicy mogą przeszukiwać zeskanowane teksty według słów kluczowych otrzymując wyniki z dostępnej bazy. Jeśli jednak dany tekst będzie udostępniony na zasadzie public domain, będziemy mogli uzyskać dostęp do całej treści dokumentu. Jeśli prawa autorskie będą ograniczone, to w zależności od porozumienia między Google a właścicielami praw, dostępne będą albo krótkie fragmenty uwzględniające słowa kluczowe, albo całe rozdziały.

Doctorow zwraca uwagę, że:

W każdym wypadku, Google udostępni informację na temat możliwości zakupu danej książki, oczywiście zakładając, że tytuł jest dostępny w sprzedaży.

Dla mnie jednym z najciekawszych spostrzeżeń pisarza, jest następujące stwierdzenie:

Niestety większość książek nie jest już osiągalna w sprzedaży, a dla pisarza nie ma większej straty niż ta powodowana przez całkowity brak dostępności jego dzieła dla klientów – jest to dalece bardziej szkodliwe niż jakakolwiek ewentualna strata poniesiona w wyniku działań dzieciaków z kopiarkami, czy rosyjskich hakerów publikujących ebooki na stronach internetowych.

Przyznam, że takie podejście jest dla mnie zaskoczeniem, bo mimo wszystko uważam, że autor, zwłaszcza żyjący nie musi się zazwyczaj o to obawiać. Z drugiej jednak strony, przyjmując punkt widzenia Doctorowa, dalszy tok myślenia wypływa z tego konsekwentnie i rzeczywiście brzmi sensownie. Zwłaszcza te słowa:

W rzeczywistości, największym zagrożeniem dla autorów i wydawców jest to, że ich utwory są po prostu niewidoczne dla osób czerpiących wszystkie informacje z internetu. Google oferując ich książki szerokim masom ratuje ich przed zapomnieniem.

Jednym z podstawowych argumentów Doctorowa za usługą Google jest to, że jak twierdzi, ponad 3/4 tytułów dostępnych w wyszukiwarce jest niedostępnych w druku. Do tego dochodzą problemy z ustaleniem faktycznych praw własności, a to z kolei skutkuje tym, że poszukiwania właścicieli są nieekonomiczne. Najważniejsze jednak jest to, że gdyby porzucić skanowanie książek dostępnych w bibliotekach, większość zasobów kulturowych byłaby w zasadzie niedostępna i znana jedynie wąskiemu gronu. Hmm, zgoda, ale ten argument jest akurat istotny z punktu widzenia społeczeństwa jako całości, a nie jednostki zainteresowanej zyskiem. Na całe szczęście Doctorow nie dąży do przymusowego pozbawiania możliwości korzystania z własności indywidualnej, a jedynie do tego przekonuje.

Dla nas pojęcie fair use jest w zasadzie nieznane, gdyż praktyka ta jest stosowana raczej głównie w Stanach Zjednoczonych, a dodatkowo jest de facto regulowana pewnymi precedensami sądowymi. Doctorow twierdzi, że postępowanie Google spełnia wymogi fair use, a przemawiają za tym nastąpujące czynniki:

  • Google wyświetla obok wyników wyszukiwania reklamy. Niekoniecznie jest to naruszenie praw autorskich, zwłaszcza jeśli wynikiem wyszukiwania są fragmenty książek. Poza tym, recenzenci często cytują teksty i nie jest to łamaniem praw autorskich. Nadto, co może już brzmieć bardziej sensownie, prezentowanie reklam obok fragmentów tekstów praktycznie wpędzałoby wszelkie wydanictwa pokroju New York Review of Books w duże kłopoty. (fajnie, tylko IMO pozostaje problem ustalenia co jest dopuszczalną długością cytowanego tekstu, a co już granicę “legalności” przekracza).
  • Prezentowanie cytatów w odpowiedzi na żądanie wyszukiwania. Powszechnie akceptowalną praktyką jest podawanie cytatów w celu prezentacji poglądów, krytyki, analizy. (Wciąż jednak powstaje pytanie, czy to to samo co szukanie konkretnego tekstu – jeśli miałoby to rzeczywiście służyć pracy badawczej, to Google na pewno jest pomocny, ale wiadomo, że nie tylko materiałów do badań ludzie w Googlu szukają).
  • Skanowanie książek. Wiadomo – żeby umożliwić przeszukiwanie tekstu, trzeba go najpierw zeskanować. Jednakże, pomimo że Google skanuje całość tekstu, w wynikach wyszukiwania udostępnia jedynie krótkie cytaty.
  • Żądanie podzielenia się zyskami przez Google wynika stąd, że firma pokazała, iż można je w taki sposób osiągnąć. Jednak jak utrzymuje Doctorow, to błędny sposób myślenia, bo wtedy musielibyśmy liczyć się z tym, że każda firma czy osoba wnosząca jakąś wartość dodaną do produktu wytworzonego przez inny podmiot, musiałaby się dzielić zyskami. I tak np. producent pokrowca do odtwarzacza iPod musiałby oddawać działkę Apple, stolarz robiący półkę na książki i zawdzięczający pracę istnieniu książek również powinien odpalić dolę wydawcom, itp.

    Lepszą strategią byłoby wejście w porozumienie z Google i udostępnienie firmie, za odpowiednią opłatą, elektronicznych katalogów, czy połączenie się z konkurencyjnymi do Google wyszukiwarkami. Dla Doctorowa jasne jest, że udostępnienie tekstów w wyszukiwarkach znacząco zwiększy krąg osób, które dzięki temu usłyszą o tytule i zakupią go.

    Nie mogę powiedzieć, że wszystkie argumenty pisarza do mnie przemawiają, część jest trochę wymuszona, czy może wręcz śmieszna, ale jednak Doctorow podnosi kilka interesujących kwestii. Być może najważniejszy argument pada na samym końcu artykułu: w dzisiejszych czasach, kiedy większość konsumentów kupuje towary pod wpływem impulsu, książki są tylko jednym z artykułów, do nabycia których producenci nas codziennie przekonują i autorzy wraz z wydawcami powinni zrobić wszystko aby przekonać klientów do wybrania książki, a nie kolejnej gry wideo. Google Book Search jest w tym kontekście znakomitym narzędziem do przybliżenia potencjalnemu nabywcy produktu jakim jest książka.

    PS. Zainteresowani powieściami i opowiadaniami pisarza mogą udać się pod ten adres. Tam dostępne są jego utwory – oczywiście za darmo.


    1. Wszystkie cytaty tłumaczone przeze mnie []

    Zobacz także:

  • Zakochany Google Books
  • Książki z Google?
  • LoudLit.org, czyli darmowe audiobooki raz jeszcze
  • Czy internetowe recenzje są opłacone?
  • “Najemnik”, Krzysztof Piskorski
  • Zostaw komentarz