“Zdrowe zwłoki”, Steven Erikson
Na początku trzeba zaznaczyć, że nie można zaliczać tej pozycji do powieści, bo przecież to raptem sto kilkanaście stron tekstu na niewielkim formacie. Ot, ze dwie godzinki czytania. Objętością tekstu wypełnia raczej kryteria nowelki, zresztą na rynkach anglojęzycznych reklamowana była jako novelette.

Już drugi raz Steven Erikson napisał krótki tekst przynależny do świata znanego z cyklu “Malazańskiej księgi poległych”, i po raz drugi jest to historyjka o epizodycznych w zasadzie bohaterach, którzy pojawili się na gościnnych występach we “Wspomnieniu lodu”. Bohaterowie skądinąd bardzo sympatyczni mimo wyjątkowo paskudnej profesji jaką się parają. Mam na myśli postacie dwóch magów nekromantów, Korbala Broacha i Bauchelaina oraz ich biednego sługi Emancipora Reese’a. Sympatia z jakę się spotkali sprawiła, że Erikson postanowił napisać o nich coś więcej w skromnym mini-cyklu.
Po zamieszaniu jakie wprowadzili w chronologicznie pierwszej nowelce, “Krwawym tropie”, pojawiają się znowu by broić dalej, tym razem gdzieś na obrzeżach kontynentu. Tyle, że teraz zostają wynajęci przez mieszkańców miasta Dziwo, którego nowy władca, najwyraźniej niespełna rozumu, owładnięty jest obsesją zachowania zdrowia. Cierpią na tym jego poddani zmuszani do kuriozalnych zachowań pod wpływem grupki religijnych fanatyków. Zadaniem nekromantów jest pozbycie się tyrana, co okazuje się stosunkowo proste. Opisywanie fabuły, choćby pobieżne jest bez sensu, bo treść jest bardzo krótka. Istotne jest czym ta książeczka jest i czym mogła być.
A mogła być dobrą kontynuacją dobrego “Krwawego tropu”, tymczasem wyszła średnio, żeby nie dodać słabo. Erikson ma niewątpliwy talent do przeplatania scen patetycznych świetnym humorem słownym i sytuacyjnym. “Krwawy trop” był tylko i wyłącznie horrorowatą, humorystyczną opowiastką (świetną skądinąd). “Zdrowe zwłoki” nie są ani przesadnie zabawne, ani tym bardziej poważne. Wyszły takie nijakie. Gdzieś po drodze zapodziało się, bardzo mi odpowiadające poczucie humoru autora, a w zamian nie dostałem nic, co by mogło to wynagrodzić. Och owszem, niby jest to opowiastka z morałem, problem jednak w tym, że niewłaściwie dobrane zostały proporcje – na opowiadanie jest za długie, na powieść za krótkie, a jako nowelka jest przegadana. Co gorsza, już na samym początku Erikson jak kawa na ławę wykłada motywację działania Bauchelaina, a na domiar złego brzmi to jak deklaracja polityczna. Deklaracja, z którą co do zasady się zgadzam, nie akceptuję jednak takiej łopatologii w literaturze. Przykro mi to pisać, bo jestem wielkim miłośnikiem “Malazańskiej księgi poległych”, ale moja opinia o “Zdrowych zwłokach” jest raczej niepochlebna. Mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, bo wielkimi krokami zbliża się premiera szóstego tomu zasadniczej sagi, na który już od dawna ostrzę sobie zęby oczekując znakomitej uczty.
Tym razem jednak, Erikson rozmienił swój talent na drobne. Szkoda.






on 04/02/2006 at 23:07
Permalink
Książką tą jestem zawiedziony i żałuję tak jej zakupu, jak i czasu na jej przeczytanie. Innymi słowy – najsłabsza rzecz Eriksona jaką czytałem.
A mogłem wziąć z półki juz wtedy do czytania Rozpoznanie wzorca Gibsona. Ale błąd…