Biblioteki umierają donosi “Wyborcza”
Jak donosi poniedziałkowa “Gazeta Wyborcza” liczba bibliotek w Polsce drastycznie w ostatnich kilku latach spadła.
Gazeta cytuje dane GUS, z których wynika, że między 1995 a 2003 r. zlikwidowano 1 800 bibliotek oraz ok. 2 600 tzw. punktów bibliotecznych.
- Biblioteki publiczne są likwidowane, bo samorządy szukają oszczędności – tłumaczy Jan Wołosz z Biblioteki Narodowej.
Chociaż prawo nakłada na gminy obowiązek utrzymywania przynajmniej jednej biblioteki, jest już 21 gmin, które uznały, że to zbytek luksusu.
Czuję się jakbym żył w zapyziałym bantustanie. W kraju, w którym w przeciągu minionych kilku lat kilkukrotnie wzrosła liczba studentów, co teoretycznie (i jak to u nas bywa tylko teoretycznie) powinno oznaczać, że inteligencja rośnie w siłę. Inteligencja, której siły nie mierzy się liczbą dyplomów z tytułem magisterskim, ale zdolnością ludzi do przyswajania wiedzy, niekoniecznie czysto akademickiej. Wiedzy, która przekłada się na rozwój nie tylko gospodarczy, ale po prostu ogólnoludzki, a swoją siłę czerpie w dużej mierze z literatury. Tymczasem nie dość, że zmniejsza się, względnie w optymistycznym wariancie stabilizuje liczba osób kupujących książki, to jeszcze zmniejsza się liczba placówek, w których można bezpłatnie sięgnąć do nowości czytelniczych. Jeśli wierzyć artykułowi, rocznie przeznaczać się ma na zakupy nowości 26 mln zł, czyli pewnie tyle ile będą kosztowały emerytury dla 200 górników, którzy nawet jak dostaną po 5 tys. na rekę i tak po książkę nie sięgną. Tymczasem żeby wypełnić normy cywilizacyjne, potrzeba trzy razy tyle.
Pytanie tylko, czy same biblioteki są mentalnie gotowe nie tylko na regularne nabywanie nowości, ale także na przyjmowanie darów od osób pragnących “przewietrzyć” swój księgozbiór. Nie tak dano temu na liście dyskusyjnej pl.rec.ksiazki czytałem wypowiedź człowieka, który chciał bibliotece przekazać kilkaset książek, jednak bibliotekarki potraktowały go mówiąc łagodnie, olewająco. A wystarczyło przyjąć książki, nawet jeśli byłyby zbędne i wyprzedać je tylko po to, by zdobyć środki chociaż na kilka-kilkanaście nowości. Tyle, że do tego potrzeba trochę innego, aktywnego podejścia samych bibliotekarzy, a wiadomo że zmienić mentalność najtrudniej. Poza tym, spora część bibliotek boi się czytelników. Nie będąc zameldowanym na stałe w Warszawie, mam utrudniony dostęp do wypożyczania książek, a de facto nie mogę z publicznych bibliotek korzystać. Kiedy próbowałem jakiś czas temu wypożyczyć książkę, pani bibliotekarka łaskawie zaproponowała mi wniesienie kaucji w wysokości 50 zł za książkę, przy czym nie mogłem pożyczyć więcej niż dwóch na raz. Przepraszam, ale wolę już poszukać na Allegro używanych pozycji, nawet sprzed lat i zapłacić za nie kilka-kilkanaście złotych, za to mieć je na własność.
No ale nie wszędzie tak jest. Za pośrednictwem forum Biblionetki trafiłem na ciekawą dyskusję bibliotekarzy na temat sposobów promowania czytelnictwa. Jak skutecznie przyciągnąć do biblioteki, nowoczesnej biblioteki czytelników, przekonała się Miejska Biblioteka Publiczna we Wrocławiu, wsparta przez Fundacją Bertelsmanna. W wyniku realizacji ich wspólnego projektu powstała Mediateka, która o ile pamiętam niemal natychmiast okazała się wielkim sukcesem. Jak widać, chcieć to móc.
A jak już ktoś pragnie wspomóc bibliotekę, która o to prosi, to zawsze może zakupić w Merlinie książkę i podarować ją wybranej placówce, w ramach akcji Książkowy Maraton Fundatorów. Polecam porównanie liczby kupionych książek i liczby potrzebnych…
In: O książkach w sieci, Znalezione w sieci

on 03/01/2006 at 21:55
Permalink
Po pierwsze primo: pierwszy raz widzę cynicznego idealistę, czy też idealistycznego cynika
Po drugie primo: z bibliotek nie korzystam, z kilku powodów. Byłam w jednej osiedlowej bibliotece – z literatury mnie interesującej mieli może ze trzy pozycje, w tym jakieś Forgotten Realmsy (rozglądałam się za fantastyką w ogóle, nie fantasy w szczególe :]). Drugi powód jest głupawy: za wolno czytam. Pal licho kary, miałabym wyrzuty sumienia, że przetrzymuję. Skoro stać mnie na kupowanie, to kupuję, chociaź na razie i tak mam co czytać. Martwi mnie, że biblioteki nie chcą przyjmować książek (znajoma mamy chciała oddać do kilku osiedlowych bibliotek – żadna nie przyjęła), bo mam kilka książek na zbyciu, a nie mam serca ich wyrzucać na śmietnik. Jeśli znajdziesz jakąś łaskawą bibliotekę – daj znać :]
on 03/01/2006 at 22:07
Permalink
Widzisz, zacząłem Nauczać
Jak napisałem, do bibliotek mam utrudniony dostęp, bynajmniej nie z mojej winy.
on 03/01/2006 at 22:23
Permalink
W moim rodzinnym mieście, dawniej wojewódzkim, bibliotek jest wcale sporo (na samym moim osiedlu dwie). Niestety, dostają drastycznie mało pieniędzy, w związku z czym nowości można na ogół policzyć na palcach jednej ręki. Jest jedna placówka tego typu stanowiąca wyjątek – tam musialam dojeżdzac, ale sie oplacalo, zawsze znalazlam kilka ciekawych pozycji. Oplata czlonkowska niewygorowany – 5 zlotych za pol roku – i dobrowolna. Biblioteka przyjmowala tez dary i co pewien czas organizowala ciekawe wyprzedaze “ksiazka za zlotowke”. Raz nabylam na takowej calego Jasienice.
W Krakowie zapisalam sie do biblioteki wojewodzkiej (od Jagiellonki odstraszyly mnie kolejki) – oplata zero, zasoby calkiem, calkiem.
Ale fakt jest faktem – wladze samorzadowe generalnie maja biblioteki gleboko w rzyci. Niestety..
on 07/02/2006 at 00:55
Permalink
Jak wyborcza jest taka madra to niech przekazuje swoje niesprzedane ksiazki do bibliotek.
on 07/02/2006 at 08:33
Permalink
No to prawda, ale artykuł koncentrował się na nowościach, których brakuje w bibliotekach. Klasykę można znaleźć w każdej bibliotece, więc dorzucanie kolejnych egzemplarzy “Pożegnania z Afryką” czy “Ja, Klaudiusz”, niekoniecznie może być najlepszym rozwiązaniem.
on 16/06/2006 at 00:38
Permalink
to chyba nie byles nigdy w filii numer costam w miescie X…
on 16/06/2006 at 08:23
Permalink
shrew, w moim rodzinnym mieście, w głównym oddziale miejskiej biblioteki plus jednej najbliższej mi filii, nowości sprowadzają się do największych hitów typu “Harry Potter” czy “Kod Leonarda da Vinci”, romansów (na oko większość klintów to emerytki) i literatury fachowej (bo z miejskiej biblioteki korzystają głównie studenci pobliskiej politechniki. A i tak ciężko znaleźć choćby dwa egzemplarze niektórych tytułów.
Co do mnie, to jasna sprawa, że nie wiem osobiście jak wygląda sytuacja filii biblioteki dajmy na to w Biłgoraju, bo tam nigdy nie byłem i nie przypuszczam, żebym kiedykolwiek zaglądnął.
Pamiętam za to jaką zazdrość wywołało stwierdzenie pewnego człowieka ze Świnoujścia, który powiedział że nie ma problemów ze zdobyciem w swojej bibliotece sporej części nowości i to z pogardzanego raczej przez bibliotekarzy gatunku. No, ale tam były dwie przesłanki spełnione: gmina łożyła sporą kasę to raz, dwa miał pewien wpływ na zakup konkretnych tytułów.
on 26/11/2006 at 13:34
Permalink
A skąd takie zdanie o górniakch- analfabetach? W mojej rodzinie jest kilku górników i każdy z nich czyta średnio 5-6 książek w miesiącu. To mało? A do biblioteki np. ja z mężem (też górnikiem) chodzimy co 2 tygodnie wybierając każde dla siebie przynajmniej 5 książek. Ja preferuję fantastykę, mąz historię i dramat. W naszej bibliotece całe szczęscie nowości nie brakuje. Często również kupujemy ciekawe pozycje, głównie w księgarniach internetowych.