“Choroba dyplomatyczna”, Daniel Passent

Odkąd pamiętam, Daniel Passent był jednym z moich ulubionych autorów „Polityki”. Zdecydowanie nie na tym poziomie Geniuszu co chociażby Waldorff czy Kałużyński, ale zawsze ceniłem sobie jego inteligentne i złośliwe felietony. Kiedy więc Passent poszedł w ambasadory, zabrakło, przynajmniej oficjalnie, jego nazwiska na cotygodniowej liście autorów, a w zamian dostałem fatalnego Zanussiego. Dobrze chociaż, że teraz trafiła w moje ręce mega dawka Passenta w postaci napisanej pod koniec jego kadencji „Choroby dyplomatycznej”.

Cóż, wybitna książka to nie jest, ale chyba też nie takiej oczekiwałem. Wiele razy przebijało się na jej stronach to co lubię u Passenta najbardziej, czyli inteligentna złośliwość. Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego publicysta “Rzeczpospolitej”, Maciej Rybiński, tak okropnie skrytykował “Chorobę…”. Zdaje się, że dało o sobie znać to co sam Passent opisywał, np. w odniesieniu do reakcji niektórych środowisk na jego kandydaturę jako ambasadora RP w Chile. Niechęć, a może wręcz nienawiść, dyktowana jakimś irracjonalnym uprzedzeniem.

Parę osób po lekturze książki znienawidzi Passenta jeszcze bardziej, kilku pewnie zacznie go co najmniej nie zauważać, ale biorąc pod uwagę to co o paru osobach napisał, taka reakcja nie byłaby niczym dziwnym. Powstaje pytanie na ile stosowne są takie wyznania ze strony było nie było, byłego dyplomaty i to zwłaszcza zaraz po zakończeniu przez niego pełnienia misji dyplomatycznej. Jeżeli o mnie chodzi, to chyba jest to jedyny zarzut, jaki mogę mieć do autora. No bo nawet opisywana gnida, wciąż pozostanie gnidą opisywaną przez ambasadora, w stosunku do którego powinny obowiązywać inne, bardziej wyśrubowane kanony zachowania. Nie mogę czynić Passentowi zarzutu niesprawiedliwego potraktowania całej opcji politycznej, do której mówiąc oględnie jest mu daleko, bo tylko wybrane osoby zjadliwie opisywał, a na dodatek mam wrażenie, że dokładnie tak jak musiały się na końcu świata prezentować (cóż, taka pani marszałek Grześkowiak i tak została jak na mój gust potraktowana wyjątkowo łagodnie). Z atencją wyrażał się autor np. o Jerzym Buzku, a i młody Radek Sikorski choć lekko wykpiony, jest przez Passenta szanowany.

Podczas lektury szlag mnie trafiał na nieudolność (mam nadzieję, że nie celową) urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Kancelarii Prezydenta i w ogóle polskich służb dyplomatycznych, ale cóż, jaki kraj, takie służby. Najbradziej fascynujące na pewno byłoby to czego akurat były ambasador nie mógł napisać, ale chyba nie oczekiwałem niczego podobnego.

Książka raczej dla fanów Passenta, choć odrobinę o historii Chile, a zwłaszcza o trudnych ostatnich trzydziestu latach można się z niej dowiedzieć, gdyż na szczęście autor nie koncentrował się tylko i wyłącznie na blaskach i cieniach służby dyplomatycznej RP.

***

Posted on październik 30, 2005 at 15:30 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione

Leave a Reply