“Władca cesarzy”, Guy Gavriel Kay

Po lekturze “Władcy cesarzy” wciąż nie mogę się zdecydować, która z części “Sarantyńskiej mozaiki” jest lepsza i czy w ogóle da się to stwierdzić.

W drugiej części opowieści o Crispinie historia zmierza ku końcowi. Rozpoczęte w “Pożeglować do Sarancjum” wątki zrazu powoli, a potem niezwykle dynamicznie zmierzają ku kulminacji. Dość powiedzieć, że o ile akcja tomu pierwszego rozciągnięta była na miesiące, to wydarzenia z części drugiej rozgrywają się w przeciągu dni, a znakomita część “Władcy…” to przedział czasu wyznaczany zaledwie przez dwie doby.

Bardzo dobrze brzmi tytuł dylogii w zestawieniu z maestrią z jaką Kay snuje opowieść. Wątki wszystkich bohaterów układają się w starannie przemyślaną mozaikę, los każdej z postaci znajduje swoje miejsce w porządku rzeczy. Ba, nie tylko postaci, ale wszystkie zdarzenia wskakują na swoje miejsce jak tessery w precyzyjnie zaplanowanej mozaice. Kay zwodzi, czaruje językiem, nie pozwala oderwać uwagi od lektury.

W obu częściach są pewne sceny, które mają wiele wspólnego, możnaby wręcz powiedzieć, że do pewnego stopnia są swoimi kalkami. W “Pożeglować do Sarancjum” jest to moment audiencji Crispina tuż po przybyciu do stolicy, we “Władcy…” to scena wesela Kasji i Carullusa. Obie są brzemienne w skutki dla późniejszych zdarzeń, obie po mistrzowsku rozegrane, obie wspaniale prezentujące mnogość intryg rozgrywanych na dworze cesarskim. Kompozycyjnie, zachowując oczywiście odpowiednie proporcje, podobne są dwie dominujące sceny wyścigów z obu tomów. Ale jednocześnie, występuje pewna odwrócona symetria. “Pożeglować…” zaczyna się w momencie poznania człowieka, który stracił miłość wypełniającą jego życie, by zyskać cel istnienia. “Władca…” kończy się natomiast stratą nowonabytego celu, zniszczeniem dzieła będącego niejako rozliczeniem artysty z własnym życiem i ze światem ludzi i bóstw, złamanym po raz wtóry życiem, tylko po to, by koniec końców zyskać miłość. Najgorsze w dramacie Crispina jest to, że traci wszystko z winy inteligentnego prostaka zaślepionego prostacko pojmowaną wiarą.

Nie da się ukryć, że Kay ma magiczną wręcz zdolność przykuwania uwagi do rzeczy prostych. Tak dzieje się na ostatnich kartach powieści, gdy opisuje, bardzo prostymi słowami, (przedostatnią?) mozaikę układaną przez Crispina. To na pozór bez uroku, zaledwie enumeratywne wyliczenie postaci, które przewinęły się na stronach dylogii, ale przeciwstawione losowi człowieka, który mimo utraty wszystkiego nie pogodził się z przegraną. Jednak to nie ta scena wywarła na mnie największe wrażenie, tylko moment walki człowieka, który mimo iż wie że jego śmierć nadchodzi, walczy do ostatniej chwili o ocalenie swoich planów. Kilkanaście-kilkadziesiąt stron zestawione z zaledwie dwoma zdaniami. Bo czymże jest moment zgonu nawet najbardziej wpływowego człowieka, z dramatem prostej rodziny? “Katastrofą, której nie da się wyrazić słowem”. Na tym polega magia słowa Kaya.

I kiedy wydawać by się mogło, że książka jest arcydziełem, wszystko zostaje zniweczone na trzech ostatnich stronach w tak potwornie nieuzasadniony psychologicznie sposób… Crispin mógł się spodziewać każdej kobiety (a spodziewał się konkretnej, o czym świadczą jego słowa), tylko nie tej jaka pojawiła się u niego w zapomnianej kapliczce. Przez całe swoje życie kochała tylko jednego człowieka, ale jak kochała! A teraz nagle pojawia się u Crispina… Nie mogę wybaczyć Kayowi tego, że wspaniałe uczucie łączące dwójkę ludzi zastąpił prostacką potrzebą prokreacji. O ile w “Tiganie” zakończenie przeszkadzało mi, bo było przeraźliwie przewidywalne, a aż prosiło się by pójść pod prąd, to we “Władcy…” Kay zrobił dokładnie to, czego nie uczynił w “Tiganie”. A nie powinien.

****½

Posted on wrzesień 25, 2005 at 12:14 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione

Leave a Reply