“Pożeglować do Sarancjum”, Guy Gavriel Kay
Po poprzednim kontakcie z pisarstwem G.G. Kaya (“Tigana”) pozostało we mnie uczucie niedosytu, a w dużej mierze niesmaku. Wychwalany przez wszystkich autor, dostarczył przecież kolejnego sztampowego dziełka fantasy, cóż z tego że napisanego pięknym językiem, jeżeli opartego o typowy schemat, sztandarowe dla gatunku postaci, a co gorsza postaci do bólu przewidywalne (widoczne to było zwłaszcza w zakończeniu). Dlatego też do kolejnych książek jego autorstwa podchodziłem trochę jak pies do jeża. No, ale tyle osób zachwalało “Sarantyńską mozaikę”, że w połączeniu z jej dostępnością w taniej książce postanowiłem spróbować. Zaprawdę powiadam wam warto, choć nie jest dziełem doskonałym.

Tom pierwszy, “Pożeglować do Sarancjum”, to pozornie początek historii mozaicysty Caiusa Crispusa, zaproszonego przez cesarza Sarancjum do ułożenia największej i najwspanialszej mozaiki kiedykolwiek stworzonej przez człowieka, wszystko ku chwale cesarza i jedynego Boga. Tak naprawdę zaproszenie skierowane zostało do jego nauczyciela i partnera, jednak to Crispus wyrusza w długą drogę, która stanie się początkiem gwałtownych zmian w kształcie świata. Jego wędrówka ku nowemu miejscu pracy jest jednocześnie tajną misją zleconą przez władającą resztkami zachodniego cesarstwa, młodziutką królową Antów. Nie ma sensu streszczać ani podróży Caiusa, ani jego pobytu w największym mieście świata. Istotne jest kogo po drodze spotyka i kogo poznaje u celu wędrówki. W jakiś dziwny, niepojęty sposób Crispus ma dar przyciągania ludzi i zjednywania sobie przyjaciół (lub wrogów, choć tych jest tak naprawdę niewielu).
To w grupie przyjaciół narastających w niemal geometrycznym tempie, wśród intryg cesarskiego dworu, Crispus będzie starał się pracować nad dziełem swego życia, walcząc jednocześnie z przeciwnościami. A w tle toczy się rozgrywka o wiele większą stawkę – o życie dla jednych i władzę dla drugich, napędzana niemożliwym do ugaszenia pragnieniem zemsty z jednej strony, a odwieczną chęcią pozostawienia po sobie spuścizny z drugiej.
Cudowne jest panowanie autora nad słowem. Naprawdę rzadko zdarzają się pisarze, którzy potrafią operować w tak piękny sposób tekstem. Kay potrafi raz przyspieszyć kiedy akcja powieści tego wymaga, innym razem z kolei rozwlec fabułę, przy czym w żadnym wypadku nie jest to zarzut, a jedynie moja nieudolna próba opisania wrażeń z lektury. Po prostu autor do tego stopnia panuje nad akcją, że całkowicie pochłania ona czytelnika bez względu na to, czy dzieje się coś dynamicznego, czy też akurat następuje chwila oddechu. Na pewno na długo zapamiętam dwa opisy z książki, oba dotyczące mozaik – jednej istniejącej, jednej dopiero planowanej. Pięknie udało się Kayowi oddać urok, a przede wszystkim wrażenia Crispusa na widok sypiącej się starożytnej mozaiki, jednak nie mniej wspaniale a zarazem bardzo oszczędnie, bo przecież dopiero jako pomysł, zaprezentował planowaną przez Caiusa mozaikę w Sarancjum – dzieło kompletne, łączące w sobie historię i wiarę Wschodu z historią i wiarą Zachodu, dające szansę na ujęcie esencji świata na kopule świątyni. Pięknych, magnetyzujących opisów jest wiele, chociażby wyścigi w stolicy imperium, pojawienie się Caiusa na audiencji u cesarza tuż po przybyciu Sarancjum. Przykładów można by znaleźć więcej. Drugim cudem są postaci, a dokładniej postaci kobiet. Zwłaszcza trzech najważniejszych z nich, cesarzowej Alixany, królowej Antów Gisel i młodej, aroganckiej Styliane Daleinoi. To te trzy kobiety wyznaczają bieg wydarzeń w powieści i kształtują losy cesarstwa, i to w jaki sposób! Kiedy fabuła tego wymaga i którakolwiek z nich pojawia się, momentalnie ogniskuje na sobie spojrzenie czytelnika, absorbuje jego uwagę swoją wewnętrzną siłą, charakterem i urodą. Mistrzowskie połączenie kunsztu autora, bo w jednym połączone zostają umiejętność stworzenia znakomitej postaci i kapitalne panowanie nad językiem pozwalające czytelnikowi niemalże na przeniesienie się w sam środek akcji. Wreszcie na uwagę zasługuje znakomite prowadzenie intrygi. To ona, a nie przybycie Caiusa do Sarancjum pozornie będące osią wydarzeń, jest najważniejsza dla fabuły. Świetnie knowania najważniejszych postaci przeplatają się z losami zarówno Crispusa, jak i grupy kilku innych postaci.
W beczce miodu znaleźć się musi jednak i łyżka dziegciu. Jakkolwiek barwnie nie wyglądałoby kayowskie Sarancjum, to jest to jednak ordynarna kopia Bizancjum z jego historią i postaciami, które pomijając pewną dozę licentia poetica są li tylko kopiami historycznych osób z cesarzem i cesarzową na czele. Irytująca była też momentami absurdalna umiejętność Caiusa Crispusa zjednywania sobie przyjaciół. Nie raz i nie dwa z zaciekłego wroga robił się najprawdziwszy przyjaciel i to w przeciągu kilku stron. W dodatku arogancja mozaicysty zupełnie nie odpowiada sytuacjom, w których się znajduje, a w szczególności spotkaniom z nader pobłażliwymi władcami. No i wreszcie zakończenie tomu pierwszego. Po wciągającej zawartości zakończenie jest na dobrą sprawę nijakie. Dobrze, że ciąg dalszy opowieści przedstawił Kay we “Władcy cesarzy”, bo kompletny brak cliffhangera jest rozczarowujący, a takie mocne zakończenie “Pożeglować do Sarancjum” chyba by się jednak przydało.
Na koniec pomijając gorącą zachętę do przeczytania, warto podkreślić to, że jeżeli kogoś od lektury odstręcza etykietka fantasy, niech jak najszybciej zmieni zdanie. Na dobrą sprawę element czysto fantastyczny jest jeden, a i on nie wybija się na pierwszy plan, choć pełni ważną rolę. Do licha, więcej fantastyki jest w powieściach Jonathana Carrolla bijącego rekordy sprzedaży, chociaż jego książki klasyfikują jako realizm magiczny…





Zobacz także:

Zostaw komentarz