“Wrzesień”, Tomasz Pacyński
Rozczarowanie. Tak najkrócej można streścić moje wrażenia z lektury “Września” Tomasza Pacyńskiego. Po lekturze wdzięczny byłem tylko za jedno – że po tę książkę sięgnąłem po przeczytaniu wcześniej wszystkich innych wydanych pozycji tego autora. Gdybym od “Września” zaczynał, pewnie nigdy nie przeczytałbym trylogii sherwoodzkiej, a to wybaczyć sobie byłoby ciężko.

Powieść prezentuje wyjątkowo pesymistyczną wizję Polski, nawet jak na nasze narodowe standardy. Oto do władzy dochodzi tępa, prymitywna skrajna prawica. Całość życia politycznego jest praktycznie podporządkowana Kościołowi katolickiemu. Innowiercy, homoseksualiści, Żydzi i żydzi są tępieni, kraj pogrąża się w chaosie, ale jak przed wiekami Najświętszą Panienkę Polacy czczą jak tylko oni potrafią, a to dopiero początek kłopotów. Jednym zdaniem, koszmar jak z najgorszego snu każdego zdrowomyślącego człowieka. O ile takiej Polski boję się jak diabli, to nawet dzisiaj widząc na ekranie telewizora tępe mordy brunatnych koszul Giertycha, nie mogę się spodziewać realizacji aż tak skrajnego scenariusza wypadków. Mówiąc krótko, o ile wydaje się że generalnie moje poglądy są zbieżne z poglądami autora, to jednak przy lekturze książki potrzebny jest baaardzo gruby kołek do zawieszania niewiary.
Dobra, pomijając durne działania polskich władz i idiotyczne awanturnictwo polityczne, na świecie również dzieje się wiele złego. W Zatoce Perskiej trwa wojna na całego, pół Azji to nuklearna pustynia, Amerykanie jak to mają w zwyczaju niosą demokrację i pokój za pomocą wojska, i dziwnym trafem tylko tam gdzie jest ropa. Dobrze chociaż, że to zaangażowanie na wszystkich możliwych frontach skutkuje gigantycznym upadkiem Stanów… Generalnie rzecz biorąc, sytuacja na całym globie jest nieciekawa, a jest to naprawdę niezły eufemizm.
Jakby mało było kłopotów wewnętrznych, rządzące krajem oszołomy wdają się w polityczną awanturę, małą wojenkę będącą powtórką wyprawy Żeligowskiego na Wilno. Tyle że tym razem, sąsiedzi nie czekają z założonymi rękami, tylko interweniują. Drobny wybuch nuklerany i Polska jest podzielona między dwóch zaborców: Rosję i Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami. W sztuce teatru TV Machulskiego “19 południk” aż tak ostro nie było, ale pomijając odpowiednie proporcje, skutek był podobny.
W ten oto sposób poznajemy głównego bohatera, kapitana Wagnera, który po przegranej wojnie obronnej wraca do domu. Oczywiście ani dom, ani rodzina już nie istnieją, więc Wagner zostaje w lesie. Raczej nie jako partyzant, ale wolny strzelec prowadzący własną wojnę, wyrównujący prywatne porachunki, a jednocześnie współpracujący z przemytnikami (bo wszystko drożeje, a jeść trzeba). W całej tej sytuacji, najlepsze jest odwołanie do literatury fantastycznej, a zwłaszcza do sagi wiedźmińskiej Sapkowskiego. Oto bowiem Wagner zostaje współczesnym wiedźminem, a grupa młodych partyzantów wzoruje się na elfich “Wiewiórkach”. Pomysł, żeby uczynić literaturę fantastyczną swoistą ostoją patriotyzmu jest przedni, zwłaszcza że w dzisiejszych czasach wszelkie “Konrady Wallenrody” podniecają już chyba tylko podstarzałe polonistki.
Problemów z lekturą miałem więcej. Nieustanne retrospekcje wprowadzały zamęt do lektury do tego stopnia, że w pewnym momencie przez chwilę nie wiedziałem już o czym czytam – o zamierzchłej przeszłości Wagnera, czy o teraźniejszości (no chyba że to był celowy zabieg autora mający uwiarygodnić dziwne postępowanie Wagnera. Jeśli tak, to wg mnie nieudany). Bohaterowie Pacyńskiego to chodzące pasma nieszczęść. Jeżeli nie cierpieli w przeszłości, to autor niemiłosiernie katuje ich obecnie. Owszem, można i tak, tylko po co? Jeden, dwóch, trzech. Niech cierpią. Ale wszyscy bez wyjątku? Dobrze chociaż, że zakończenie jest jednoznaczne i nie pozostawia takich wątpliwości jakie niektórzy mieli po zakończeniu sagi wiedźmińskiej. O, jeszcze o bohaterach. Wagner wspomniany na okładce wcale wg mnie nie jest najważniejszą postacią. Być może się mylę, ale mam wrażenie że o wiele więcej miejsca poświęcał Pacyński Frodowi, zresztą postaci ciekawszej niż współczesny wiedźmin. Największym grzechem autora, jest jednak totalne przeładowanie lektury wszelkimi możliwymi nazwami sprzętu wojskowego. Pomijam to, że nazwy te powiedzą cokolwiek jedynie garstce największych fanatyków militariów – normalny czytelnik będzie od nadmiaru szczegółów i szczególików rzygał. Jak dla mnie, to właśnie zabiło jakąkolwiek resztkę przyjemności jaką mogłem czerpać z lektury.
We “Wrześniu” niewątpliwie podobały mi się dialogi. Pacyński miał dobre ucho do pisania dialogów, a to chyba rzecz trudna. Po drugie, było nie było, podobała mi się jednak wizja Polski, w której do władzy dochodzi banda fanatyków i skutki jakie to wywołuje. Słabo pamiętam początek książki, ale odnosiłem wrażenie, że autorowi dobrze udało się tam oddać szereg naszych najpodlejszych cech narodowych, a przez pierwsze kilkanaście stron, znakomicie oddawał klimat i nastrój panujący po przegranej wojnie. Szkoda, że zakończyło się tak a nie inaczej.





Zobacz także:

Zostaw komentarz