“W cieniu inkwizycji”, Arturo Perez-Rewerte

Ciąg dalszy przygód kapitana Alatriste, czyli “W cieniu inkwizycji”. Przeczytałem książkę w jeden dzień, bo akurat to czas urlopu, a ja na dodatek nie lubię przerywać lektury nawet jeżeli dana pozycja mi nie odpowiada. Czasem sobie myślę, po co się tak męczę…

Część druga przygód kapitana Alatriste to niejako przedłużenie wydarzeń z pierwszego tomu. W zasadzie stanowi osobną historię, bo oto Alatriste za namową swego przyjaciela, poety i awanturnika Francisca de Quevedo, podejmuje się wyrwać z klasztoru wykorzystywaną córkę pewnego szlachcica. Tyle, że jak się okazuje, szlachetny postępek kapitana z tomu pierwszego poważnie wzburzył pewne wpływowe osoby, które teraz szukają zemsty. A że przy okazji nadarza się okazja uderzenia w pozycję kanclerza króla Filipa IV, akcja powieści powinna być zajmująca.

Powinna, ale nie jest. Przy odrobinę wiekszej liczbie stron, akcji jest mniej niż w części pierwszej cyklu, a i ta którą śledzimy jest dosyć niemrawa. Książka jest rozlazła, nieangażująca uwagi czytelnika, męcząca, wręcz nudna. Jak na gatunek, który reprezentuje (“płaszcz i szpada”) brak jej dynamizmu, jakiegoś kolorytu. Główny bohater robi się zadziwiająco przewidywalny czemu sprzyja jeszcze podkreślanie przez narratora jego poczucia honoru. Postępek kapitana Alatriste z ostatnich stron powieści był łatwy do przewidzenia już po pierwszych zdaniach całej sceny. Nie dziwiło zachowanie bohatera, za to rozczarowywała decyzja autora co do poprowadzenia postaci w tym, a nie innym kierunku.

Jakby tego było mało, to co w pierwszym tomie jeszcze mi się podobało, czyli cytowanie fragmentów utworów literackich z epoki, robi się teraz zupełnie niepotrzebne. Cytaty brutalnie odrywają uwagę od resztek fabuły, a wszystko prawdopodobnie przez przesyt. Jest ich zbyt dużo i co widać zwłaszcza teraz, Reverte wprowadza je nieumiejętnie. Być może gdyby były przemycone gdzieś w środku tekstu, wręcz tylko zasygnalizowane, wrażenie byłoby zupełnie inne. Książka chyba tylko dla największych fanów twórczości pisarza. Dla mnie nudna. Nawet jak na urlop, a może zwłaszcza podczas urlopu. Po trzeci tom przygód kapitana Alatriste na pewno nie sięgnę.

Z całości najbardziej spodobał mi się taki oto fragment: “W lochach Toledo bowiem pobrałem lekcję, której omal życiem nie przypłaciłem, że nie masz na tym padole rzeczy podlejszej i groźniejszej nad łotra, co każdej nocy spać się kładzie z czystym sumieniem. Rzecz to straszna. Tym gorsza, gdy towarzyszą jej niewiedza, uprzedzenia, głupota albo potęga – a te łacno potrafią pospołu chadzać. Zasię ostateczne diabelstwo miejsce ma, jeżeli twój oprawca mieni się być egzegetą jednego słowa, z Talmudu, z Biblii czy z Koranu, czy jakiegokolwiek już napisanego albo dopiero czekającego na uwiecznienie. W udzielaniu rad nie znajduję upodobania – przecie nikt jeszcze nie zmądrzał od tego, że rozum do cudzej przyszedł głowy – aliści tę jedną dam waszmościom za darmo: nigdy nie ufajcie komuś, kto przeczytał tylko jedną księgę.”

**


Zobacz także:

  • Podsumowań roku cz. 2
  • Lista zaległości – czerwiec
  • Spis książek
  • “Kapitan Alatriste”, Arturo Perez-Reverte
  • “Szachownica flamandzka”, Arturo Perez-Reverte
  • sierpień 29, 2005 • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Zostaw komentarz