“Szachownica flamandzka”, Arturo Perez-Reverte
Dużo czasu minęło od przeczytania “Klubu Dumas” do sięgnięcia po kolejną książką Arturo Pereza-Reverte, ale wreszcie stało się. No i jakoś odnoszę wrażenie, że z dużej chmury mały deszcz. Reverte pisze wciągające książki, bez dwóch zdań, ale w przypadku “Szachownicy flamandzkiej” akcja wciągająca była tak mniej więcej do połowy.

Pomysł jest bardzo fajny, bo oto pewna młoda kobieta jest konserwatorem sztuki, który właśnie zdobył zlecenie na renowację potencjalnego hitu aukcyjnego. W trakcie renowacji obrazu okazuje się, że skrywa on w sobie tajemnicę, albo raczej skrywa tajemnicę morderstwa popełnionego pięćset lat wcześniej. Młoda adeptka sztuki konserwatorskiej postanawia tajemnicę rozwikłać, jeszcze bardziej zwiększając wartość dzieła sztuki, a przy okazji jej wynagrodzenia. No i nagle okazuje się, że zaczynają ginąć ludzie z jej otoczenia, a tajemnicę ich śmierci można odkryć, rozgrywając partię szachów przedstawioną na starym obrazie…
Brzmi ciekawie i rzeczywiście tak jest, tylko że do pewnego momentu. A konkretnie do chwili, kiedy odkryta w pełni zostaje zagadka obrazu. Śledztwo w sprawie morderstw współczesnych, już tak pasjonujące dla czytelnika nie jest. Napięcie, przynajmniej dla mnie, “siadło”, a że dodatkowo można od samego początku z dużą dozą prawdopodobieństwa wskazać potencjalnego mordercę, to przyjemność ze śledzenia fabuły jest mniejsza. Jak to u Pereza-Reverte (hmm wypowiadam się jakbym przeczytał wszystko co napisał, a tymczasem zaliczyłem tylko “Klub Dumas”
), no więc, jak to u tego autora, najciekawsza bez wątpienia jest otoczka, czyli połączenie współczesności z tajemnicą z przeszłości, sprawne żonglowanie historią i, przynajmniej dla laika, wiedza z danej dziedziny.
W powieści bardzo przeszkadzało mi kilka elementów. Po pierwsze, wspomniana wcześniej możliwość wskazania mordercy. Jeżeli nie od samego początku, to na pewno dużo wcześniej niż zamierzył sobie autor, a już na pewno można było szybko znacząco zawęzić krąg potencjalnych podejrzanych. Po drugie, biorąc pod uwagę szybkość zdarzeń, zgrzytała mi szczegółowość planu zabójcy i jego sprawne wykonanie. Doprawdy, przy takiej liczbie zabójstw i ograniczonym horyzoncie czasowym, było to nazbyt perfekcyjne, by wyglądało wiarygodnie. Po trzecie, mimo że od dłuższego czasu nie grałem w szachy, to były takie sytuacje, kiedy proponowane przez autora książki ruchy bierek na szachownicy były dla mnie nieprawidłowe, lub też mimo tego, że autor twierdził iż to już wszystkie posunięcia, ja widziałem coś innego. Pytanie tylko czy to błąd autora, czy tłumacza, a może polskiej redakcji?
W sumie, przeczytania książki nie żałuję, ale zupełnie bez rewelacji.





In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: sensacja
