“Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, Arkady i Borys Strugaccy
Są dwa rodzaje ludzi – tacy, którzy akceptują humor prezentowany np. w powieści Strugackich “Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, bo mają odpowiednie poczucie humoru i tacy, którzy takiego humoru nie tolerują. Ja odpowiednie poczucie humoru jedynie miewam. Pech w tym, że podczas lektury “Poniedziałku…” akurat się nie ujawniło.

W skrócie akcja powieści toczy się w położonym gdzieś w ZSRR INBADCZAMie, czyli Instytucie Badań Czarów i Magii. Strugaccy prezentują całą galerię nawiedzonych badaczy, których pochodzenie nierzadko sięga wielu stuleci w przeszłość, marnotrawiących czas na eksperymentach związanych z magią (przeważnie bezsensownych), równie bezsensownych badaniach nad przeróżnymi wynalazkami, które w zamierzeniach mają ułatwiać życie itd. Całość napisana jest dobrym językiem, to trzeba autorom oddać, a dialogi płyną gładko. Problem w tym, że zaprezentowany humor należy właśnie do tego rodzaju, który się akceptuje lub na widok którego się wymiotuje. W moim przypadku absurdalne wymiany zdań powodowały odruch może nie tyle wymiotny, co raczej nieustannego zmęczenia. Dość powiedzieć, że książkę czytałem ponad tydzień, a po ukończeniu poczułem ulgę, że to już koniec. Zdecydowanie bardziej wolę humor Bułyczowa.
Przed przystąpieniem do lektury, radzę odświeżyć sobie lub też nabyć wiedzę o bajkach rosyjskich, bo odniesień do nich jest w powieści mnóstwo. Ja niestety nie położyłem łap na “Baśniach narodów ZSRR” i tym podobnym wydawnictwom i szczerze żałuję.
Jedyne co podobało mi się w “Poniedziałku…” to obraz sowieckiego instytutu naukowego, ze wszystkimi absurdami, sztucznościami, grą pozorów i całą masą problemów. Ale tak naprawdę, to jest to nie tylko obraz instytucji z czasów ZSRR, bo niektóre elementy takich zachowań czy ogólnej polityki można odnaleźć i w naszych realiach; mogę je odnaleźć i we własnym miejscu pracy. I to jest w lekturze najciekawsze, najzabawniejsze, a zarazem najsmutniejsze.





