“Imperium”, Ryszard Kapuściński

Nie potrafię być obiektywny wypowiadając się o Ryszardzie Kapuścińskim. Ja go po prostu uwielbiam i gotów jestem wybaczyć wszystko. Tyle, że tym razem nie ma takiej potrzeby. No dobra, może mogę mieć pretensje tylko o to, że tak mało pisze. Pomijając “Lapidaria”, które są raczej szczególnymi pozycjami, z książek będących zapisem wrażeń Kapuścińskiego po odbytych podróżach, do przeczytania zostały mi tylko “Busz po polsku” i “Imperium”. Dzisiaj mogę już skreślić to ostatnie.

Powiedzieć trzeba jedno, warto było zwlekać z lekturą. Próbuję sięgnąć pamięcią w ostatnich kilka lat, by przywołać choć jeden tytuł, który zrobił na mnie tak ogromne wrażenie i nie potrafię. Na pewno nie w ostatnim dziesięcioleciu. Do tej pory za arcydzieło Kapuścińskiego uważałem “Cesarza”, jednak skoro “Imperium” je przebija, jakiego określenia użyć by je opisać? Brak mi skali do oceny, brak słów by opisać wrażenia…
To co zawsze fascynowało mnie w reportażach Kapuścińskiego, to dojmujący wręcz brak oceny z jego strony wydarzeń i osób, które opisuje. Nie znaczy to bynajmniej, że pomiędzy wierszami nie da się jego własnych opinii wyczytać. W “Imperium”, podobnie jak w “Cesarzu” spomiędzy zdań przebija stosunek autora do ludzi, a szczególnie w przypadku “Imperium”, do Zła.

Jakkolwiek w zasadzie oceniając jakikolwiek naród nie powinno się generalizować, jakkolwiek sam Kapuściński przeciw takiemu postrzeganiu Rosjan z pewnością by protestował, to po lekturze książki jestem przekonany, że w Rosjanach tkwi głębiej lub płycej ukryte Zło. Zło przejawiające się kompleksem imperialnym i wszelkimi wynikającymi z tego, odwiecznymi, negatywnymi konsekwencjami. To Zło spersonifikowane w tworze nazwanym Imperium, od dziesiątek, setek lat kładzie się cieniem na funkcjonowaniu znacznej części Europy i Azji. I choć jednostki nie różnią się od podobnych im członków innych narodów, to Rosjanie jako zbiorowość są źli.

Gdzie indziej do takiej perfekcji doprowadzono ostateczne poniżenie człowieka jak nie w Imperium? Gdzie indziej na poniżeniu się nie skończyło? Gdzie indziej pogardliwe traktowanie istoty ludzkiej trwa od setek lat, jak nie w Imperium? Nie ma znaczenia, czy nazwiemy je Rosją, czy ZSRR, to wciąż ten sam twór.

Jak zawsze u Kapuścińskiego urzekł mnie jego sposób pisania, choć może to niekompletne sformułowanie. Cesarz Reportażu pisze obrazami, wrażeniami, zapachami, smakami. Jego proza to jedyne w swoim rodzaju pomieszanie wrażeń i doznań estetycznych. Raz przerażających, raz zachwycających, zawsze jednak przykuwających uwagę i nie dających o sobie zapomnieć. Słusznie Updike powiedział o “Cesarzu”, że to magiczna refleksja, która często przemienia się w poezję i aforyzm. Kapitalny obraz.

Książka zawiera w sobie niewiarygodnie dużo wrażeń negatywnych, począwszy od najmłodszych lat autora i pierwszego złowrogiego spotkania z Imperium, kiedy znikali jego koledzy, nauczyciele, poprzez kilkukrotne wyprawy i opisy strachu odczuwanego na granicach, samotności w podróży, paranoicznych podejrzeń mieszkańców Imperium, obrazy umierającego morza, dojmującego zabójczego zimna i pustki w Workucie, wreszcie kończąc na opowieściach o Wielkim Głodzie na Ukrainie w latach 30. ubiegłego wieku. Śmierć to powszechny motyw w “Imperium”. Zło tkwiące zarówno w państwie i systemie, jak i w samym, często złamanych i ukształtowanych na wykrzywiony imperialny sposób, ludziach. Wszystko okraszone jest często zaskakującymi spostrzeżeniami autora, jak np. to dotyczące drutów kolczastych i wynikającego z tego niedoboru stali w całym państwie…

Ale z drugiej strony Kapuściński serwuje jednak trochę piękna. Jakże przemawiają do kubków smakowych opisy wytwarzania koniaku w Gruzji, jak niebywale skrzą się przed oczami bogato inkrustowane książki ormiańskie, jak płoną na siatkówce oka ognie azerbejdżańskiego miasta naftowego, jakże zachwyca moskiewska Świątynia Chrystusa Zbawiciela. I to właśnie te wrażenia po raz pierwszy od lat sprawiły, że wyobrażając sobie Gruzję, Armenię, Uzbekistan, zatopiony w lekturze przegapiłem dwie stacje metra. Jakże szkoda, że piękno tak rzadko przebija się na stronach książki.

Jak pisał Dostojewski: “Dla Europy Rosja to jedna z zagadek Sfinksa. Zachód prędzej wynajdzie perpetuum mobile lub eliksir życia, niż zgłębi istotę rosyjskości, ducha Rosji, jej charakter i nastawienie.” Kapitalne słowa, które nic nie straciły na znaczeniu, a jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzięki “Imperium” Kapuścińskiego jesteśmy o krok bliżej przynajmniej próby zrozumienia Rosji.

To dziwne, że kiedy babcia opowiadając o wkroczeniu Rosjan do Lwowa i powojennej migracji ludów, twierdziła że nie jestem w stanie zrozumieć zmian dokonujących się na początku lat 90. w ZSRR, nie chciałem uwierzyć. Trzeba było Kapuścińskiego, “Imperium” i jego słów: “Myślę, że tylko ci, dla których stalinizm-breżniewizm jest częścią doświadczenia ich życia, mogą dostrzec i zrozumieć głębię, niezwykłość i wielkość tej przemiany i tego przewrotu, jaki dokonał się w latach 1985-91 w ZSRR. Spotkałem tam na moich szlakach młodych kolegów reporterów. To, co widzieli, było dla nich ciekawe, ale normalne i oczywiste. Dla mnie wszystko było niesłychane i zdumiewające, nie wierzyłem własnym oczom”, żeby do mnie to choć w części dotarło.

Pośród całego morza ważnych stwierdzeń, które padły na stronach książki, na szczególną uwagę zasługują dwie konstatacje. Po pierwsze, stwierdzenie Kapuścińskiego, że Rosjanie muszą mieć nad sobą cara, bez względu na to, czy będzie nosił taki tytuł, czy będzie to Sekretarz Generalny, czy też prezydent. Po prostu gdzieś w całym narodzie tkwi absolutna potrzeba podporządkowania na wpół boskiej, autorytarnej władzy. Car odszedł, gensek też, teraz przyszła kolej na prezydenta. Drugim niezwykle dla Polaków ważnym stwierdzeniem są trudne do przyjęcia, ale jakże prawdziwe słowa: “I jeszcze jedno: Zachód, który Rosja fascynuje, ale i napawa lękiem, gotów jest zawsze przyjść jej z pomocą, choćby w interesie własnego spokoju. Zachód odmówi innym, ale Rosji pomoże zawsze.” Nie przez przypadek takie słowa padają na sam koniec “Imperium”. Gdyby tak tylko nasi politycy wbili to sobie do swych tępych łbów…

******

Posted on sierpień 18, 2005 at 15:05 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: 

Leave a Reply