“Modlitwa o deszcz”, Wojciech Jagielski

Aj. Pół roku po przeczytaniu dopiero teraz udaje mi się napisać krótką notkę o świetnej książce Wojciecha Jagielskiego. “Modlitwa o deszcz” Jagielskiego zauroczyła mnie od razu, a po jej lekturze pozostał niedosyt, że to już koniec, a przecież czterysta pięćdziesiąt stron wypełnionych samą esencją, to nie byle co.

Niezbyt długo przed śmiercią, Waldemar Milewicz odbierając jakąś nagrodę przyznawaną przez telewidzów wyznał, że z jednej strony jest szczęśliwy, że został doceniony, a z drugiej, że jest zasmucony, bo jego twarz pojawia się w relacjach telewizyjnych wtedy, gdy następuje masowy wysyp ludzkich tragedii. Jagielski co prawda w telewizji pojawia się rzadko, jednak wykonuje podobną do Milewicza mrówczą pracę, w gazetach. Nie kto inny, tylko właśnie on tłumaczy czytelnikom “Gazety Wyborczej” zawiłości polityki państw i państewek afrykańskich czy poradzieckich republik środkowazjatyckich i właśnie on opisuje dramaty rozgrywające się gdzieś na drugim końcu świata, w miejscach których większość z ludzi nie potrafiłaby prawidłowo umiejscowić na mapie.

“Modlitwa o deszcz” zaledwie 3 lata po debiucie, doczekała się już kolejnego wydania i słusznie. Książka jest owocem kilkunastu podróży autora do Afganistanu w okresie dziesięciolecia pomiędzy wycofaniem wojsk radzieckich, a zamachami z 11.09.2001. Aż trudno uwierzyć, że w ciągu dziesięciu lat, kraj taki jak Afganistan może przejść tyle zmian, doświadczyć tylu tragedii, a mimo tego nie zmienić się niemal zupełnie od stuleci. Gdyby odrzucić nowoczesne uzbrojenie, to Afganistan pozostałby tak samo zacofanym zakątkiem świata jak na początku XX. w., z tą samą mentalnością ludzi i tymi samymi obyczajami, tak drastycznie różnymi od tych, do jakich przywykliśmy.

Czytając książkę odnosiłem bardzo często wrażenie, że Jagielski pisze o Polakach, a nie zupełnie obcych ludziach z innego kontynentu. Ta sama bezkompromisowość, ten sam upór i nieumiejętność ugięcia karku kiedy trzeba, postrzegania świata wyłącznie w czarno-białych barwach i prostolinijna wiara w Boga, pechowe położenie kraju będącego swoistym azjatyckim “bożym igrzyskiem”, no i wreszcie wszelkie klęski, które są ich wynikiem. Ogromną wartością książki jest pozbawienie jej jakiegokolwiek komentarza autorskiego – Jagielski nie wyjawia wprost swoich poglądów, on tylko opisuje Afganistan i jego mieszkańców takimi jakimi ich widzi i jakimi są naprawdę. Za to cenię dobry reportaż, a “Modlitwa o deszcz” jest nim niewątpliwie. Dziennikarz nie chce zmieniać świata ostrością swoich komentarzy, ale tłumaczeniem inności na język dla nas zrozumiały tak, żebyśmy do pewnych wniosków dotarli sami.

To co mnie w książce fascynowało, to napakowanie jej mnóstwem szczegółów, począwszy od najważniejszych faktów z historii Afganistanu, poprzez detale z życia opisywanych przez autora bohaterów, a kończąc na wrażeniach z samego pobytu. Ogrom faktów jest maksymalnie skondensowany, przez co książkę czyta się bardzo powoli, za to z jednej strony smakując wszystkie informacje, z drugiej zaś gorączkowo łaknąc więcej i więcej. Wszystko jest niby podane oddzielnie, ale świetnie układa się w spójną całość i pasjonująco tłumaczy przyczyny, przebieg i skutki zdarzeń, których Jagielski był świadkiem.

Prawdziwy mistrz reportażu potrafi oddać uczucia, a w tym wypadku ogrom tragedii narodu i kraju, z pewną dozą indywidualnych radości. W “Modlitwie o deszcz” Jagielskiemu wyszło to cudownie i w rezultacie otrzymaliśmy dzieło poruszające i uczące pokory zarazem.

*****


Zobacz także:

  • Podsumowań roku cz. 2
  • “Dobre miejsce do umierania”, Wojciech Jagielski
  • Spis książek
  • Moje (czytelnicze) podsumowanie 2006 roku
  • “Rio Anaconda”, Wojciech Cejrowski
  • lipiec 4, 2005 • Tagi:  • Opublikowane w: Przeczytane, ocenione

    Zostaw komentarz