“K jak kosmos”, Ray Bradbury

“K jak kosmos” Raya Bradbury’ego to na dobrą sprawę staroć. Zbiorek napisany w 1966 roku z dzisiejszej perspektywy po części trąci myszką, ale jednak w znacznej mierze się broni.

Horrorowaty “Słup ognia” w pewnym względzie przypomniał mi “Kroniki marsjańskie” tego samego autora, a szczególnie taki oto fragment:

- Czy może mi pan jeszcze raz podać nazwisko?
- Edgar Allan Poe.
- Nie mamy takiego autora w katalogu.
- Bardzo proszę, niech pani sprawdzi jeszcze raz.
Sprawdziła.
- Och, tak. mam tu czerwony znaczek na karcie. To jeden z autorów z okresu Wielkiego palenia w 2265 roku.

a to z kolei fragment “Kronik…”:

Powiadali, że każdy musi stawić czoło rzeczywistości, temu, co dzieje się Tu i Teraz! Wszystko inne musi odejść. Piękne literackie kłamstwa i wybryki fantazji straciły rację bytu, toteż pewnego sobotniego ranka trzydzieści lat temu, w 1975 roku, ustawiono ich wszystkich pod ścianą biblioteki – świętego Mikołaja i Jeźdźca bez Głowy, Królewnę Śnieżkę, Rumpelstiltskina i Matkę Gąskę – och, jakiż podniósł się płacz! – i rozstrzelali ich, spalili zamki z papieru, księżniczki zaklęte w żaby i starych władców oraz ludzi, którzy żyli długo i szczęśliwie (bowiem, rzecz jasna, wszyscy wiedzieli, że nikt nie żyje długo i szczęśliwie!). „Dawno, dawno temu” przemieniło się w „nigdy więcej”. A potem na ruinach Szmaragdowego Grodu rozsypali popioły Upiornego Rykszarza; strzaskali na kawałki kości dobrej czarownicy Gladioli i Ozmy; Kolor z Przestworzy wepchnęli do spektroskopu, a Kubusia Dyniogłowego podali z bezami na balu biologów! Łodyga fasoli uschła, przysypana papierami, Śpiąca Królewna ocknęła się ze snu, przebudzona pocałunkiem naukowca tylko po to, by zemrzeć od śmiertelnej rany, zadanej przez jego strzykawkę. Zmusili też Alicję, by wypiła napój, po którym zmniejszyła się tak, że nie mogła już wykrzyknąć: „zdziwniej i zdziwniej”; jednym uderzeniem młota rozbili lustro, Czerwonego Króla i ostrygi.

Bradbury’ego albo fascynowała, albo przerażała możliwość ponownego zdziczenia społeczeństwa przyszłości, ale o ile w “Kronikach…” barbarzyństwo wróciło stosunkowo wcześnie, to w “Słupie ognia” dopiero kilkaset lat naprzód. W tym opowiadaniu przeszkadzał mi tak naprawdę tylko jeden element, tj. niemożność zawieszenia niewiary, bo bohaterem jest zmarły pod koniec XIX. w. Lantry, świetnie odnajdujący się w świecie późniejszym o kilka stuleci, jednak wobec reszty zawartości opowiadania błąd ten jest na tyle nieistotny, że nie warto sobie nim długo zawracać głowę. Kulturalne cofanie się w rozwoju ludzkości to temat, który występuje nie tylko u Bradbury’ego, ale za każdym razem ma w sobie coś, co nieodmiennie mnie przeraża. Wizja zaawansowanej technicznie ludzkości pozbawionej dorobku kulturowego jest mocniejsza niż niejeden horror, a świat bez książek to koszmar.

Być może to tylko moje wrażenie, ale “Poczwarka” jednoznacznie nasunęła mi skojarzenie z “Nieprzystosowaniem” Dicka, krótkim opowiadaniem, któe kończy się w bardzo podobny sposób. Oba jednakowo tajemnicze i oba czysto fantastyczne.

Czas, który upłynął od powstania opowiadań przekłada się na ich odbiór, aczkolwiek pisarstwo Bradury’ego jest głęboko humanistyczne, więc niemal z założenia ponadczasowe. Najlepiej sprawdzają się te opowiadania, w których fantastyczny sztafaż jest tylko pretekstem do przekazania pewnych idei. I w tej konkurencji Bradbury wygrywa, natomiast w moim przekonaniu, z całego zbiorku najlepsze są te teksty, któe tak naprawdę trudno uznać za fantastykę (“Niewidzialny chłopiec” – o samotności i potrzebie dzielenia życia z innymi, a także o cudownej niewinności dzieci, “Krzyk kobiety” -trochę horror, trochę kryminał, a w części opowieść o dziecięcej wyobraźni i niezrozumieniu ze strony dorosłych i wreszcie “Tramwaj” o świecie dzieciństwa, który przemija; najkrótszy tekst zbiorku, zupełnie niefantastyczny, ale chyba mój ulubiony).

Późniejszy od “Kronik marsjańskich” o ćwierć wieku, zbiorek zawiera jedno opowiadanie (“Wycieczka na milion lat”), które wchodziło w skład “Kronik…” oraz jedno, które klimatem i wymową spokojnie mogłoby się tam znaleźć (“Ciemnoskórzy byli i złotoocy”). Z obu bije tak ogromny pesymizm…

Bradbury to dla mnie jeden z tych autorów, których można czytać zawsze, delektując się wszystkim – warsztatem, przesłaniem i wreszcie samą treścią tekstów. “K jak Kosmos” to lektura obowiązkowa, aż żal że tak długo z nią czekałem.

***½

Posted on lipiec 20, 2005 at 12:03 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: 

Leave a Reply