“Gniazdo światów”, Marek S. Huberath
Marka S. Huberatha znałem do tej pory jedynie z kilku opowiadań, także kiedy nadarzyła sie okazja nabycia jego rzekomo najlepszej książki, “Gniazda światów”, nie omieszkałem skorzystać.

Książką zachwycony był np. Marek Oramus (“powieść zaczyna się dość niewinnie i niepozornie, lecz proponujaca czytelnikowi grę, po której bez mała odmieni się jego spojrzenie na świat”), jednak z jego opinią zgodzić się mogę jedynie w pierwszej części, ale o tym za chwilę.
Otóż istnieje sobie świat z czterema Krainami i ostrą segregacją rasową (lub też quasi-rasową) ludności. O pozycji jednostki w społeczeństwie decyduje jej kolor włosów, ale co ciekawe, każdy człowiek co trzydzieści parę lat musi zmienić dotychczasowe miejsce zamieszkania i przenieść się do innej Krainy. W nowym miejscu zamieszkania zmienia się jego pozycja społeczna, bowiem w każdym z miejsc, zmianie ulega hierarchia poszczególnych rodzajów ludzi. I tak, nasz główny protagonista Gavein, osiągnąwszy stosowny wiek przenosi się do miejsca zwanego Davabel, w którym z pomiatanego osobnika wyniesiony zostaje do najbardziej uprzywilejowanej kasty. W ślad za nim podąża jego jasnowłosa żona, która ma zająć dokładnie odwrotną pozycję społeczną. Nie to jest jednak istotne. Poważniejszym problemem jest to, że przybycie Gaveina do Davabel skutkuje niespotykanym do tej pory nagromadzeniem zgonów wśród osób, które się z nim stykają. Jednocześnie, znajomy z pracy Gaveina odkrywa tajemniczą książkę pod tytułem “Gniazdo światów”, której lektura jest przyczyną jego narastającej alienacji społecznej, a w rezultacie prowadzi do jego śmierci. Okazuje się, że w jakiś dziwny sposób książka ta ma wpływ na losy bohaterów, a może i świata…
Mój problem z “Gniazdem światów” Huberatha polega na tym, że przez parę minut po skończeniu powieści byłem zachwycony zastosowanym na końcu zabiegiem autora i bezpośrednim zwróceniem się do czytelnika za pośrednictwem porażającej prośby bohatera, a jednocześnie kompletnie znudzony lekturą pierwszej połowy powieści. Przypuszczam, że jestem jedną z niewielu osób, które widząc prośbę Gaveina przyspieszyły lekturę ostatnich paru stron, zamiast się wstrzymać. Nic na to nie poradzę, że kiedy już wreszcie mogłem zagłębić się w zagnieżdżone światy pragnąłem jak najszybciej dobrnąć do końca. Miałem bowiem już dość absurdalnych śmierci i ….nudy. Tak więc chwilowy szok z powodu prośby Gaveina szybko ustąpił i nabierałem coraz większego przekonania, że to jednak nie “to”. Książka jest wg mnie przegadana, a ciekawy w sumie pomysł powinien zostać skrócony do nowelki czy też mikropowieści jak kto woli, a nie rozbudowany do rozmiarów powieści.
Wspomnieć trzeba też o sprytnym dowodzie na istnienie Boga jaki Huberath przeprowadził na stronach “Gniazda światów”, wywołującym uśmiech na twarzy czytelnika (tj. mnie), ale sprowadzającym się do … no właśnie… tylko uśmiechu. Trzeba czegoś więcej niż ciekawie sformułowanego “dowodu” na istnienie Boga. Podsumowując, spodobał mi się pomysł, ale w żaden sposób dowodowi nie uwierzyłbym.





Zobacz także:

Zostaw komentarz