“Zemsta Skulliona”, Tom Sharpe
Ostatnią książką Sharpe’a, którą przynajmniej do tej pory, przeczytałem, jest “Zemsta Skulliona”. Nie jest to ani opowieść o Wilcie, ani o południowej Afryce. Tym razem jest to satyra na system edukacji w, jakżeby inaczej, Anglii. Do college’u o wielowiekowych tradycjach przybywa nowy rektor mianowany przez premiera, sir Godber. Jako absolwent tej “szacownej” instytucji i lewicowy polityk, ma jasno sprecyzowaną wizję zmian, jakie muszą zostać wprowadzone w szkole, by mogła ona dostosować się do współczesnych realiów.

I tak oto nowy rektor staje naprzeciwko zatwardziałych sybarytów przeciwnych jakimkolwiek zmianom, a nie daj Boże rewolucjom w zakresie ich przywilejów i wygód. O ile głupkowatych członków kadry pedagogicznej da się jakoś zmusić do uległości za pomocą różnych sztuczek zwłaszcza gdy posiada się wiedzę o różnych machlojkach, to o wiele cięższa przeprawa czeka nowego rektora z wieloletnim odźwiernym kolegium, Skullionem. Ten prosty człowiek zakochany w swoiście pojmowanym dżentelmeństwie nie pozwoli by jego ukochany świat odszedł w przeszłość, tym bardziej, że w jego dyspozycji pozostają całe zastępy “skullionistów”…
Oj nie chciałbym być opisywany przez Sharpe’a, bo dla obiektu jego żartów nie jest to przyjemna rzecz. Autor nie czyni wyjątków i przywala każdemu. Obrywa skostniały i nad wyraz konserwatywny system szkolnictwa angielskiego od wieków niezbyt posuwający się naprzód, obrywają przedstawiciele kadry nauczycielskiej zainteresowani bardziej doczesnymi przyjemnościami niż nadążającą za postępem edukacją młodzieży. Nie unikają krytyki dziennikarze, których jedynym celem jest przypodobanie się widzom, arystokracja, której nie interesują przeciętni ludzie ani wykształcenie, nad wyraz natomiast zajmują hulanki. Wreszcie tak jak w “Nieprzystojnym obnażeniu” ciętemu ostrzu satyry Sharpe’a nie umykają politycy, ale ci akurat są wyjątkowo łatwym celem.
Z trójki przeczytanym przeze mnie książek Sharpe’a, ta jest najsłabsza, choć trudno mi określić dlaczego. Może dlatego, że wyjątkowo irytowali mnie jej bohaterowie ze swoim tępym konserwatyzmem i przyzerową inteligencją? Tak czy inaczej, powieść prezentuje typowy dla autora humor, dobre i płynnie napisane dialogi, no i jest też oczywiście jedno obowiązkowe, “wybuchowe” zdarzenie. W “Wilcie” była to próba zakopania seks-lalki w dole lub też zabawa Wilta na przyjęciu z tą zabawką, w “Nieprzystojnym obnażeniu” mieliśmy eksplodujące strusie, a tutaj mamy młodego doktoranta i jego grzeszne myśli o posługaczce, pani Biggs oraz skutki tychże.





